RSS Aktualności/Artykuły:
  • Osica: Europa i jej barbarzyńcy

    „Kolorowe rewolucje” w Gruzji i na Ukrainie nie spełniły wielu nadziei, ale uruchomiły procesy, które zmieniły oba państwa i społeczeństwa. Dlaczego zatem Unia Europejska nie spieszyła się i nadal nie spieszy z wciąganiem obu krajów w orbitę swych wpływów? – zastanawia się Olaf Osica w “Tygodniku Powszechnym”.

    czytaj więcej »

    tagi: , , , ,

  • Osica: Obama jest naszym dłużnikiem

    Dzisiaj nie jestem w stanie bronić polskiego udziału w operacji afgańskiej ani zwiększenia naszego zaangażowania. Rozumiem jednak, dlaczego rząd i prezydent pośpieszyli się z decyzją: to jedyny realny i zarazem ostatni instrument polskiej polityki wobec USA – pisze Olaf Osica w “Tygodniku Powszechnym”.

    czytaj więcej »

    tagi: , ,

  • Olaf Osica: Instytucje bez woli

    Polsko-francuska deklaracja o europejskiej obronie jest symbolicznym końcem sporu o rolę NATO i UE w zapewnianiu bezpieczeństwa Europie – pisze Olaf Osica w “Polsce zbrojnej” nr 47/2009.

    czytaj więcej »

    tagi: , , , ,

  • Jaka polityka zagraniczna?

    Autorzy “Nowej Europy”, Marek A. Cichocki oraz Olaf Osica wzięli udział w dyskusji “Tygodnika Powszechnego” o polskiej polityce zagranicznej wokół tekstu Bartłomieja Sienkiewicza – “Wojna w Europie (czas przyszły)”.

    Cichocki: W pułapce minimalizmu
    “TP” nr 41/2009

    Pod powierzchnią rytualnych partyjnych sporów i medialnych spektakli dokonuje się istotne przeorientowanie polskiej polityki zagranicznej.

    Wydaje się, że zdecydowana większość Polaków pogrążyła się w posthistorycznej i apolitycznej drzemce. Wprawdzie media elektroniczne gonią za wciąż nowymi wstrząsającymi wiadomościami, niemniej ich nerwowość coraz mocniej odbiega od poczucia społecznego błogostanu. Obywatele z dziwnie upartą obojętnością przyglądają się medialno-politycznemu spektaklowi, który po urlopowej przerwie znów nabiera tempa. Żadne stocznie, rakiety, deficyty budżetowe czy autostrady nie są w stanie zmącić ich dobrego samopoczucia. Poziom optymizmu rośnie. Ten spokój może sugerować, że Polacy zrezygnowali z refleksji nad polityką wewnętrzną i zagraniczną. Nie chcą się martwić na zapas.

    Ryzyko przyszłości

    Jednak pod tą powierzchnią dzieją się czasami rzeczy bardzo ciekawe. Oto dokonuje się istotne przeorientowanie polskiej polityki zagranicznej. Na tą głębszą warstwę uwagę zwracają ostatnio przede wszystkim dwa teksty: Bartłomieja Sienkiewicza „Wojna w Europie (czas przyszły)” oraz Radosława Sikorskiego „Lekcje historii, modernizacja i integracja” („Gazeta Wyborcza”, 29 sierpnia 2009 r.).

    Na pierwszy rzut oka lektura obu tekstów prowadzi do sporej konfuzji. O ile Sienkiewicz namawia nas do poważnego postawienia sobie pytania, czy możliwa jest w Europie wojna, konflikt zbrojny o poważnych dla naszego kraju konsekwencjach, to Sikorski przekonuje, że Polska nigdy w swej historii nie była w tak korzystnej sytuacji jak teraz i może wreszcie modernizować się i rozwijać. Który z nich ma rację? Czy jest aż tak źle, czy aż tak dobrze? Uważam, że oba teksty są tylko pozornie sprzeczne, a w istocie dopełniają się i stanowią dość spójną koncepcję polityki zagranicznej Polski, która jest dzisiaj realizowana. U jej podstaw leży zasada politycznego minimalizmu jako lekcji wyciągniętej z historii Polski w XX wieku.

    Dla Sikorskiego polityka II Rzeczypospolitej (przede wszystkim Becka) była błędem, który w sytuacji wojny doprowadził nas na skraj zagłady. Wymownym symbolem tej katastrofy jest, jak się zdaje, Katyń i Powstanie Warszawskie. Sienkiewicz z kolei stwierdza, że zupełnie niesłusznie uznaliśmy, że podobne sytuacje krańcowe jak konflikt w Europie lub w naszej części Europy już nigdy wydarzyć się nie mogą. Wprost przeciwnie. Zmiany, jakie zachodzą w naszym środowisku międzynarodowym, sugerują, że ewentualności konfliktu wykluczyć się nie da. Wycofywanie się Ameryki z Europy, rewitalizacja Rosji jako regionalnego mocarstwa, minimalizacja roli Unii Europejskiej i NATO, gotowość do rewizji pozimnowojennego porządku w Europie przez Rosję i jej kontynentalnych partnerów: Niemcy i Francję – wszystkie te zjawiska niepomiernie zwiększają ryzyko przyszłości. A na to nakładają się jeszcze polityczne skutki kryzysu finansowego. Dlatego „Hipotetyczna wojna w Europie jest tak samo częścią przyszłości, jak i obecny pokój, i nie ma żadnego powodu, by traktować tę tezę jako herezję w religii zwanej europejską świadomością” – konkluduje Sienkiewicz.

    Jeśli tak jest, to jaką lekcję należy wyciągnąć z doświadczenia II wojny światowej oraz z ostatniego dwudziestolecia wolnej Polski? Tutaj receptę znajdziemy u Sikorskiego: trzeba porzucić nadzieje na regionalizację polskiego przywództwa w Europie Środkowej, pogodzić się z abdykacją Stanów z europejskiej polityki, płynąć w głównym nurcie z Niemcami i Francją i nie drażnić Rosji przez wpychanie się do obszaru państw postsowieckich, które prawdopodobnie i tak są stracone (przede wszystkim z własnej winy). Polska musi więc zejść z „pola strzału”, no bo jeśli wojna w Europie znów nie jest niemożliwa, to prawdziwa alternatywa, przed którą stajemy, to albo uzasadniany realizmem minimalizm w polityce, albo ponowne rzucenie na szalę losu egzystencji całego narodu, a gdzieś na końcu – jakiś nowy Katyń lub nowe Powstanie Warszawskie.

    Tak zarysowany wybór sugeruje oczywistą odpowiedź. Za sprawą minimalizmu może najwyżej ucierpieć prestiż, nasze narodowe ego w Europie. Kto w imię prestiżu chciałby jednak ryzykować nową zagładę, tym bardziej że za zgięcie karku zyskujemy czas, w polityce wartość bezcenną (Sienkiewicz), czas, który umożliwi trwałą modernizację Polski. „Skok modernizacyjny pozwoli nam czuć się dumnymi z polskiego państwa »naziemnego«: nowoczesnego i sprawnego, zapewniającego narodowi polskiemu optymalne możliwości rozwoju oraz bezpieczeństwa. W taki właśnie sposób rozumiemy nauki, jakie należy wyciągnąć z klęski II Rzeczypospolitej w 1939 roku oraz z tragedii Państwa Podziemnego” – pisze minister Sikorski.

    Pole manewru

    Wyłaniający się z obu tekstów sposób myślenia o obecnym politycznym położeniu Polski, pomysł na poradzenie sobie z nowymi wyzwaniami, jak i polityczno-historyczne tło, towarzyszące tej koncepcji, prowokują wiele pytań, które należałoby obu autorom postawić. Skoncentrujmy się na dwóch podstawowych kwestiach.

    Po pierwsze, nie wydaje mi się, aby postawiona alternatywa: albo minimalizm, albo katastrofa – była słuszna. Przypomina ona te teorie, w których do wyboru mamy tylko kolor czarny lub biały. Jeżeli taki wybór miałby być wyborem naszej polityki zagranicznej wywiedzionym z katastrofy XX wieku, to powiedziałbym, że byłaby to lekcja historii bardzo niedojrzała, by nie powiedzieć – mocno emocjonalna i niepotrzebnie podszyta historycznymi kompleksami.

    W praktyce mamy prowadzić politykę minimalistyczną, a więc zrezygnować z większych ambicji (w polityce wschodniej, w regionie Europy Środkowej, w kwestii wpływu na polityki Unii), ze względu na hipotetyczną możliwość katastrofy. Nie wiem, w jakim stopniu osobiste doświadczenia obu autorów z Rosją wpłynęły na ich uwrażliwienie na taką możliwość, mnie jednak ich postawa wydaje się nazbyt ostrożna. Nie dlatego, bym (jak to wytykał obecnej europejskiej świadomości Sienkiewicz) uwierzył, że Europa ostatecznie uwolniła się od groźby wojny, ale dlatego że uznaję, iż nawet w obecnym stanie rysującej się międzynarodowej dekoniunktury dla Polski mamy wciąż jeszcze spore pole manewru i oddziaływania między minimalizmem a katastrofą.

    Gdyby więc potraktować alternatywę Sikorskiego i Sienkiewicza na poważnie, należałoby zrezygnować ze sporu z Niemcami o traktat konstytucyjny i nie wetować mandatu do rozmów UE–Rosja, ponieważ takie „nieodpowiedzialne” działania mogłyby skończyć się jakimś nowym Powstaniem Warszawskim albo nowym Katyniem. Wyostrzam specjalnie konsekwencje tak rozumianego minimalizmu w polityce, dlatego że jest on dla mnie nazbyt uproszczony i nierealistyczny, bo z góry wyklucza całe spektrum możliwości, które są dla polskiej polityki w zasięgu ręki. Sam uważam, że należało do końca upierać się przy traktacie konstytucyjnym i do końca rozgrywać kartę weta wobec rozmów z Rosją, bo było dużo do ugrania i żadna katastrofa nam nie groziła.

    Place zabaw i place boju

    Ale jest też drugi zarzut, który można autorom postawić, i jest on może nawet zarzutem znacznie cięższym, wręcz – wyrzutem. W ocenie minimalizmu proponowanego przez Sikorskiego i Sienkiewicza spieramy się o poglądy. Dlatego w tej kwestii musimy założyć, że racja może leżeć po stronie autorów obu tekstów. Być może oni rozpoznają naszą sytuację obecną lepiej – może rzeczywiście niewiele da się dzisiaj zrobić, należy przytulić się do Francji i Niemiec, nie denerwować Rosji, zostawić swojemu losowi innych w naszym regionie i niepotrzebnym podskakiwaniem nie skupiać na sobie znów oka Mordoru; może wówczas przetrwamy jako tako czasy niedobrej dekoniunktury. Nie wiem, komu w końcu historia przyzna rację. Jednak kiedy w tekstach Sikorskiego i Sienkiewicza pojawia się szansa modernizacyjna jako dobra strona politycznego minimalizmu w polityce zagranicznej, to trudno nie postawić pytania o wiarygodność tej obietnicy.

    Przypomnijmy argument: ostrożna, minimalistyczna polityka zagraniczna pozwoli Polsce zdobyć czas, w którym w spokoju budować będzie potencjał nowoczesności, i jest to zysk cywilizacyjny, jakiego w historii naszej dawno nie mieliśmy. Problem leży jednak w tym, jak zdefiniujemy kryteria owej nowoczesności oraz cywilizacyjnego skoku. Czy będą to budowane za unijne pieniądze aquaparki, place zabaw dla dzieci i chodniki, czy np. nowe technologie i wiedza pozwalające w przyszłości uczestniczyć Polsce w światowym podziale idei i pracy? Czy skoku cywilizacyjnego można dokonać bez struktur państwa: zreformowanych uniwersytetów, sprawnej i kompetentnej dyplomacji, efektywnego systemu obronnego? Finlandia, która naszym polskim minimalistom powinna się podobać, ma bardzo ułagodzoną politykę wobec Rosji, ale jednocześnie ma także wysokie technologie, olbrzymią i sprawną armię terytorialną zdolną obronić kraj oraz własne zdanie w UE.

    A co ma Polska? Jak wykorzystujemy faktycznie ten czas, który chcą dla nas kupić minimaliści za cenę ustąpienia z polityki wschodniej i europejskiej? Otóż zbyt wiele wskazuje na to, że ten czas marnujemy lub wykorzystujemy niemądrze. Dlatego proponowany minimalizm w polskiej polityce zagranicznej nie tylko grzeszy brakiem realizmu, szacując nasze możliwości znacznie poniżej stanu faktycznego, ale też wcale nie bilansuje się dodatnio w kwestii ustępstw i ewentualnych otrzymanych za nie korzyści.

    “Tygodnik Powszechny” nr 41 (3144), 11 październik 2009

    Osica: Pochwała siły
    “TP” nr 41/2009

    Polska żyje złudzeniem siły i własnej pozycji, bo uważamy, że na więcej nas nie stać lub że „więcej” jest kwestią chorych ambicji.

    Czy wojna w Europie jest możliwa? – zastanawiał się w „Tygodniku” Bartłomiej Sienkiewicz. Rozważanie to ma sens, gdy odczytamy je jako postulat przeniesienia dyskusji o bezpieczeństwie z płaszczyzny zagrożeń na poziom mechanizmów i trendów polityki międzynarodowej. Zadajmy sobie pytanie, czy okres kilkudziesięcioletniego pokoju w Europie zmienił naturę działania politycznego – krótkowzrocznego i nastawionego na obronę własnego stanu posiadania – czy też jedynie nie dał jej (owej naturze) szans na ujawnienie się w pełnej krasie?

    Gra biurokratów

    Niedawno obchodziliśmy 70. rocznicę Września ’39, który był bolesną lekcją polityki międzynarodowej. Trwający dwadzieścia lat kryzys w powersalskiej Europie przyniósł konflikty, które wydawały się nie tylko możliwe do kontrolowania – zarządzania, jak powiedzielibyśmy dzisiaj – ale przede wszystkim niegroźne dla systemu europejskiego. Problem Gdańska i korytarza był przecież pewnym „systemowym niedociągnięciem”, które należało skorygować, aby wzmocnić stabilność w Europie. Także w Europie pozimnowojennej takich niedociągnięć jest całkiem sporo. Ubiegłoroczna wojna rosyjsko-gruzińska skorygowała jedno z nich. Może to skuteczność rosyjskiej akcji, a może peryferyjność Gruzji spowodowała, że nie traktujemy tego wydarzenia w kategoriach powrotu problemu wojny, lecz widzimy w nim zbawienną anomalię, która wzmocni status quo i uchroni nas przed jeszcze większymi problemami?

    Politycznym fundamentem, na którym zbudowano wizję bezpieczeństwa Europy po 1989 r., jest bowiem założenie, że – jakkolwiek absurdalnie to brzmi – politykę bezpieczeństwa można i należy odpolitycznić. Odpolitycznienie bezpieczeństwa polega na zdefiniowaniu zagrożeń przez pryzmat ich elementów składowych, a nie strategicznej całości. Wówczas możemy zająć się np. problemem bezpieczeństwa żeglugi morskiej i ochrony środowiska na Dalekiej Północy, a nie rosnącej rywalizacji o dostęp do surowców i kontrolę szlaków. Tak samo dyskutujemy o demokratyzacji i modernizacji państw objętych Partnerstwem Wschodnim, a nie o włączeniu ich do zachodniej strefy wpływów.

    W takim ujęciu pokój i bezpieczeństwo międzynarodowe nie przynależą do sfery polityki, lecz do sfery zarządzania zasobami ludzkimi, rozwoju prawa i instytucji oraz budowy sprawnej gospodarki. Są zatem kwestią governance, a nie government; tj. budowy ładu międzynarodowego, a nie rozwiązywania konfliktów. Taki „trick” nie wyklucza możliwości ekspansji politycznej i gospodarczej, nie likwiduje też podziałów i rywalizacji między państwami, ale czyni je łatwiej akceptowalnymi. Sukces i porażka nie dzieje się w świetle reflektorów, lecz w zaciszu długich procesów politycznych. Casus belli nie ma więc racji bytu, a opór wymaga uwikłania się w skomplikowaną i będącą domeną bardziej biurokratów niż polityków grę na wielu poziomach.

    Ale są państwa, które ten rodzaj subtelnej gry politycznej odrzucają jako nieuczciwy lub nazbyt powolny i wolą bardziej tradycyjne starcie z uwzględnieniem pełnej palety środków będących w ich dyspozycji. To ci outsiderzy – Rosja, Chiny, a także Ameryka George’a Busha – spowodowali koniec europejskiego marzenia o wiecznym pokoju.

    Koncert mocarstw

    Zmiana epoki nie jest kwestią upływu czasu, lecz nowej interpretacji wydarzeń. Tony Judt – autor monumentalnej historii Europy, „Powojnia” – traktuje lata 90. jako prawdziwy koniec II wojny. W przypisie redakcyjnym do polskiego wydania redaktorzy naukowi stwierdzają, że jest to pogląd kontrowersyjny. W historiografii jest bowiem dość powszechne przekonanie, że lata 1945-89 stanowią odrębną epokę w dziejach, zwaną systemem jałtańskim. Przyznanie racji Judtowi oznacza jednak, że okres pozimnowojenny był jedynie czymś pomiędzy spóźnionymi o prawie pół wieku negocjacjami nad traktatem pokojowym a nowym etapem.

    Dostrzeżenie, że lata po 1989 r. były okresem wygasania procesów historycznych, a nie samoistnym początkiem narodzin nowego lepszego świata, pozwala zaryzykować tezę, że dzisiaj znajdujemy się już w fazie wychodzenia z okresu przejściowego, nie potrafimy jednak nazwać natury Nowego Świata. Podobnie jest z kryzysem gospodarczym, który zaczyna się wiele miesięcy wcześniej, zanim zauważą to rynki finansowe i realna gospodarka. Nakładanie się przeświadczenia o Międzyepoce w polityce międzynarodowej z dyskusją o wyczerpaniu się modelu gospodarczego wzmacnia przekonanie, że nowa przyszłość jest tuż tuż, a być może nawet stawiamy już w niej pierwsze kroki.

    Dla Europejczyków „Międzyepoka” oznacza obronę kurczących się wpływów i znaczenia państw kontynentu. Powrót idei nowego „koncertu mocarstw” oraz marginalizacja instytucji, które przez pół wieku stały na straży stabilności i dobrobytu Europy, są tego konsekwencją. Polityka status quo nie jest dzisiaj synonimem stabilizacji, lecz zgody na marginalizację. Dlatego przyszłość bezpieczeństwa Europy lepiej opisuje pełzający kryzys polityczny zasilany długim i nierównomiernym okresem wychodzenia z gospodarczej zapaści niż pojęcia politycznej współpracy i gospodarczej konwergencji.

    Lizbona i Westerplatte

    Przestrzeń polityczna w Europie, a zwłaszcza jej peryferii od Bałtyku po Morze Czarne, ponownie staje się obszarem ścierania się wpływów rządów i stojących za sektorem gospodarczym grup interesów. Za debatą o „Lizbonie”, nową koncepcją strategiczną NATO czy współpracą rosyjsko-unijną kryje się więc rozgrywka, której stawką jest nowy układ sił w Europie. Przywiązywanie zbyt dużej wagi do tego, co dzieje się na powierzchni, może zatem przynosić błędne oceny i rekomendacje. Przykładem jest dyskusja o wschodnim wymiarze Europejskiej Polityki Sąsiedztwa, która w praktyce dotyczy tego, kto i jak ma zarządzać europejskimi peryferiami, a nie tego, jak zbliżać peryferia do centrum.

    W mobilizacji do wyzwań końca Międzyepoki ogromną rolę pełni dyskurs historyczny. Obchody Września na Westerplatte nie były próbą zbliżenia się do wspólnej wersji prawdy historycznej, lecz staraniem o zdobycie wpływu na myślenie i postawy innych.

    Gdański szczyt w pełnej krasie ukazał rosnące w polskim myśleniu napięcie między obietnicą spokoju za porzucenie historii z jednej strony a pokusą używania jej jako oręża przeciwko zachodzącym wokół nas zmianom – z drugiej. Zakopać „koronę cierniową” i skryć się przed przerastającą nasze obecne możliwości polityką międzynarodową w projekcie wewnętrznej modernizacji i integracji z UE czy też jeszcze silniej podkreślać swój sprzeciw i wchodzić w spór polityczny? Czyja Realpolitik jest bardziej realna? Dylemat, w który wchodzimy powodowani wewnętrznym sporem politycznym, jest fałszywy.

    Postulat schowania się przed światem i wykorzystania czasu na sanację państwa ma wymiar retoryczny, a nie polityczny. Nie ma modernizacji bez wielkich projektów politycznych – brak idei oznacza wegetację i szybki spadek w politycznej hierarchii Europy, o świecie nie wspominając. Pokusa udawania, że jest się innym państwem, położonym w innym miejscu na mapie, może z kolei przynieść bolesny nawrót debaty o bezpieczeństwie narodowym.

    Ale ucieczka przed „siłą” nie wydawałaby się tak atrakcyjna, gdyby idea „siły” nie została skompromitowana przez jej politycznych orędowników. Utożsamienie polityki historycznej z polityką zagraniczną, a siły państwa z jego prestiżem przyniosło szkody w świadomości Polaków, których nie da się łatwo naprawić. Żyjemy więc złudzeniem siły i własnej pozycji, bo uważamy, że na więcej nas nie stać lub że „więcej” jest kwestią chorych ambicji. Nasze problemy załatwi przecież Unia Europejska, tak jak kiedyś mieli to zrobić za nas Amerykanie. Po 20 latach Polska zdaje się definitywnie rezygnować z ekspansji politycznej i chce być postrzegana jako państwo status quo. Za wcześnie. W wyłaniającej się nowej konstelacji politycznej w Europie i świecie będziemy skazani na samych siebie w większym stopniu, niż mamy odwagę przyznać. Ale z drugiej strony, „jakoś” to będzie, bo przecież „jakoś” zawsze być musi.

    “Tygodnik Powszechny” nr 41 (3144), 11 październik 2009

    czytaj więcej »

    tagi: , , ,

  • Olaf Osica: Błędne koło

    Zamieszanie wywołane sugestią nowego ambasadora USA w Polsce, jakoby rząd gotów był wysłać kolejnych kilkuset żołnierzy do Afganistanu, pokazuje jak trudno zmienić będzie funkcjonujący w świadomości społecznej wizerunek stosunków polsko-amerykańskich. Po doświadczeniach z Iraku, Afganistanu, a także negocjacji w sprawie tarczy antyrakietowej opinia publiczna w Polsce oczekuje wyraźnego sygnału, że cele i metody polityki zagranicznej wynikają z własnego oglądu i oceny rzeczywistości międzynarodowej a nie oczekiwań decydentów amerykańskich. Także nasz główny sojusznik wydaje się być zainteresowany taką zmianą perspektywy.

    Po pierwsze, zdejmuje ona z niego odpowiedzialność polityczną za błędy, które popełniliśmy ulegając perswazji Waszyngtonu, lub własnym złudzeniom. Po drugie, dzisiejsza polityka zagraniczna USA nie ma nam do zaoferowania udziału w projektach, które byłyby dla nas równie istotne jak rozszerzenie NATO czy „pomarańczowa rewolucja”. Priorytety oraz bezpośrednie interesy Polski i USA są dzisiaj naprawdę inne. Amerykanie po prostu opuszczają Europę nie tylko mentalnie i politycznie, ale nawet gospodarczo. Sprzedaż General Motors Rosjanom jest pierwszym tak silnym sygnałem, że także gospodarczy fundament relacji atlantyckich podlega głębokim przewartościowaniom. Trudno zatem wymagać, aby gotowość wsparcia USA nie ulegała podobnej przemianie.

    Mimo przekonania po polskiej i amerykańskiej stronie, że nowy czas wymaga nowego podejścia, praktyka utwierdza nas w przekonaniu, że aby wyrwać się z błędnego koła musimy poniekąd „na siłę” odcinać się od sugestii amerykańskich. Tymczasem nie ma żadnego racjonalnego powodu, dla którego nie mielibyśmy rozważać wzmocnienia kontyngentu w ISAF (co innego wysłać) i milczeć o tym w kontaktach z Waszyngtonem. Problem nie sprowadza się przecież do faktu konsultacji z sojusznikiem, lecz do nieumiejętności przekonywującego uzasadnienia naszej obecności w Afganistanie wobec własnej opinii publicznej. (Pomijam tu kwestie polityki wewnętrznej i braku jej zrozumienia ze strony nowego emisariusza Waszyngtonu w Warszawie, co jest jego oczywistym błędem.)

    Nowe ułożenie politycznych relacji między oboma państwami wymaga wyjścia poza „mit założycielski” III RP, którym jest koncepcja dwustronnego sojuszu Polski i USA. Wymaga po prostu myślenia i dyskutowania o własnym bezpieczeństwie tak jak gdyby Stany Zjednoczone nie istniały. Wówczas decyzja o bliskim współdziałaniu z USA w sprawach nie cieszących się popularnością nie będzie budziła niezdrowych emocji. Będzie bowiem wynikała z dobrze pojętego interesu politycznego państwa.

    czytaj więcej »

    tagi: , , ,

  • Nowe podejście, nowe otwarcie

    Hasło „zmiany”, którą w kampanii wyborczej deklarował Barack Obama, nabrało konkretnego kształtu w Europie: Amerykanie rezygnują z budowy tarczy antyrakietowej w Polsce i Czechach. Co teraz?

    czytaj więcej »

    tagi: , ,