<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?>
<rss version="2.0"
	xmlns:content="http://purl.org/rss/1.0/modules/content/"
	xmlns:wfw="http://wellformedweb.org/CommentAPI/"
	xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/"
	xmlns:atom="http://www.w3.org/2005/Atom"
	xmlns:sy="http://purl.org/rss/1.0/modules/syndication/"
	xmlns:slash="http://purl.org/rss/1.0/modules/slash/"
	>

<channel>
	<title>Nowa Europa: Przegląd Natoliński - Oficjalny serwis internetowy</title>
	<atom:link href="http://nowaeuropa.org/feed/" rel="self" type="application/rss+xml" />
	<link>http://nowaeuropa.org</link>
	<description>Nowa Europa: Przegląd Natoliński - Oficjalny serwis internetowy</description>
	<lastBuildDate>Mon, 23 Aug 2010 12:20:32 +0000</lastBuildDate>
	<generator>http://wordpress.org/?v=2.8.4</generator>
	<language>pl</language>
	<sy:updatePeriod>hourly</sy:updatePeriod>
	<sy:updateFrequency>1</sy:updateFrequency>
			<item>
		<title>Osica: Europejska Służba Działań Zewnętrznych a postulat równowagi geograficznej</title>
		<link>http://nowaeuropa.org/aktualnosci/2010/08/osica-europejska-sluzba-dzialan-zewnetrznych-a-postulat-rownowagi-geograficznej/</link>
		<comments>http://nowaeuropa.org/aktualnosci/2010/08/osica-europejska-sluzba-dzialan-zewnetrznych-a-postulat-rownowagi-geograficznej/#comments</comments>
		<pubDate>Mon, 23 Aug 2010 12:10:24 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Administrator Strony</dc:creator>
				<category><![CDATA[Aktualności]]></category>
		<category><![CDATA[dyplomacja]]></category>
		<category><![CDATA[ESDZ]]></category>
		<category><![CDATA[Olaf Osica]]></category>
		<category><![CDATA[UE]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://nowaeuropa.org/?p=344</guid>
		<description><![CDATA[Ekspert Centrum Europejskiego Natolin w Warszawie i wykładowca Collegium Civitas, zastanawia się nad &#8220;narodową&#8221; kompozycją Europejskiej Służby Działań Zewnętrznych. Ten tworzony właśnie korpus dyplomatyczny ma być wizytówką całej wspólnoty UE poza jej granicami i dlatego nie może zostać zdominowany przez dyplomatów z kilku najsilniejszych krajów członkowskich. Jeśli podział ról w ESDZ nie zostanie ustalony według [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Ekspert Centrum Europejskiego Natolin w Warszawie i wykładowca Collegium Civitas, zastanawia się nad &#8220;narodową&#8221; kompozycją Europejskiej Służby Działań Zewnętrznych. Ten tworzony właśnie korpus dyplomatyczny ma być wizytówką całej wspólnoty UE poza jej granicami i dlatego nie może zostać zdominowany przez dyplomatów z kilku najsilniejszych krajów członkowskich. Jeśli podział ról w ESDZ nie zostanie ustalony według sensownego klucza uwzględniającego także czynniki geograficzne i demograficzne, wówczas raczej nie uda się stworzyć poczucia współodpowiedzialności członków UE za działania Europy w świecie.<br />
<span id="more-344"></span></p>
<p>Wejście w życie traktatu lizbońskiego w grudniu 2009 r. uruchomiło proces wcielania w życie zmian instytucjonalnych w UE. Jednym z tych obszarów, w których zmiany były najgłębsze jest polityka zagraniczna i bezpieczeństwa. Nowy traktat wprowadza nie tyle nowe instytucje, których celem jest sprzyjanie większej spójności i skuteczności działania Unii w świecie, ile zwiększa uprawnienia już istniejących gremiów. Taki cel ma unia personalna między wysokim przedstawicielem ds. spraw zagranicznych i polityki bezpieczeństwa a komisarzem do spraw stosunków zewnętrznych w randze wiceprzewodniczącego Komisji Europejskiej, której ucieleśnieniem jest baronessa Catherine Ashton.</p>
<p>Jedynym wyjątkiem jest Europejska Służba Działań Zewnętrznych – instytucja, której traktat poświęca zaledwie jeden, ogólnikowy akapit. W praktyce znaczenie ESDZ jest ogromne i choć przyjdzie nam poczekać kilka lat zanim zdamy sobie sprawę ze wszystkich konsekwencji jej utworzenia, już dzisiaj jest pewne, że konwent europejski oraz kolejne konferencje międzyrządowe nie poświęciły jej należytej uwagi.<br />
W zamyśle twórców traktatu konstytucyjnego, ESDZ miała być po prostu merytorycznym zapleczem dla ministra spraw zagranicznych zbudowanym na kompetencjach i zasobach kadrowych Komisji, sekretariatu Rady oraz dyplomacji narodowych. To jednak oznacza, że Służba nie może być klasyczną instytucją wspólnotową, na wzór Komisji czy Parlamentu Europejskiego, ani gremium międzyrządowym, lecz ustrojową hybrydą, funkcjonującą pod nadzorem wysokiego przedstawiciela Unii do spraw zagranicznych i polityki bezpieczeństwa. Fakt, że pełniąca tę funkcję Catherine Ashton jest zarazem wiceprzewodniczącą Komisji Europejskiej niczego w tym względzie w sensie formalno-prawnym nie zmienia. Choć w praktyce nie jest oczywiście bez znaczenia, że obok dyplomatów narodowych i urzędników sekretariatu Rady w skład Służby wchodzi personel Komisji Europejskiej, przede wszystkim z dyrekcji generalnej zajmującej się stosunkami zewnętrznymi (DG Relex).</p>
<p>Hybrydowość ESDZ tworzy wiele problemów, w tym także problem politycznej lojalności – czy ma ona być instytucją realizującą interes Europy, tak jak jest on rozumiany w stolicach państw członkowskich, czy też tak jak jest on widziany z perspektywy Brukseli? Choć oba podejścia są pod wieloma względami zbieżne, przechył w jedną bądź drugą stronę będzie miał wpływ na postrzeganie polityki zagranicznej Unii zarówno przez aktorów zewnętrznych, jak i opinię publiczną państw członkowskich. Dylemat sprowadza się, z jednej strony, do oczekiwania strategicznych partnerów Unii, że polityka zagraniczna Europy będzie kierowana przez największe państwa, a zatem ESDZ stanie się swego rodzaju „politycznym interfejsem”. To z kolei, z drugiej strony, rodzi obawy większości małych i średnich państw Unii o pozbawienie ich realnego wpływu na funkcjonowanie ESDZ, a zatem i polityki zagranicznej Unii. Dylemat ten pogłębia fakt, że faktyczna rola ESDZ będzie wykraczać poza opisane w traktacie wspomaganie działań wysokiego przedstawiciela. Ze względu na ulokowanie służby między Radą, Komisją, a Parlamentem, jej kompetencje, oraz autonomię instytucjonalną i budżetową, ESDZ będzie nie tylko realizatorem, ale i inicjatorem wielu działań politycznych.<br />
Zakończony w czerwcu 2010 r. proces uzgodnień dotyczących kształtu i zasad funkcjonowania Europejskiej Służby Działań Zewnętrznych UE (ESDZ) przypomniał o banalnym, ale jakże często ignorowanym fakcie, że akceptacja działań UE jest pochodną nie tylko prawa i polityk, ale i udziału obywateli państw członkowskich w strukturach zjednoczonej Europy. Dotyczy to zwłaszcza stosunków zewnętrznych Unii, które choć realizowane pod flagą Europy, dla opinii publicznej mają przecież zawsze „narodową” twarz.<br />
Stąd znalezienie formuły łączącej umiejętności merytoryczne z geograficzną równowagą przy zatrudnianiu personelu wydaje się dla sukcesu Europejskiej Służby Działań Zewnętrznych nie mniej ważne, niż rozwiązanie szeregu problemów instytucjonalnych i budżetowych.</p>
<p>Wyzwanie to wymaga przede wszystkim otwarcia ESDZ na dyplomatów i urzędników z nowych krajów członkowskich, których dotychczasowa partycypacja w strukturach UE nie odzwierciedla politycznego znaczenia i wkładu ich państw w realizację wspólnej polityki zagranicznej i bezpieczeństwa oraz udziału w misjach zarządzania kryzysowego. Ilustracją tego problemu, a zarazem miernikiem pożądanej zmiany jest tzw. indeks Kinnocka (Kinnock Reference Value, dalej KRV). Został on opracowany przed rozszerzeniem UE w 2004 r. w celu sprecyzowania proporcji udziału urzędników nowych państw członkowskich w Komisji Europejskiej[1].<br />
KRV jest oparty na uśrednionej wartości trzech kryteriów: liczby mieszkańców, liczby miejsc w Parlamencie Europejskim, oraz liczbie głosów w Radzie. Tabela poniżej ukazuje zestawienie obecnego procentowego udziału personelu państw członkowskich w DG Relex (która wejdzie w skład ESDZ), z docelowym składem, opracowanym na podstawie KRV, który odzwierciedlałby równowagę geograficzną. Zestawienie wyraźnie pokazuje stopień niedoreprezentowania nowych państw członkowskich w DG Relex. Gdyby obecna sytuacja została utrwalona przy tworzeniu całej ESDZ oznaczałoby to trwałą marginalizację nowych państw, a co zatem idzie osłabienie jej politycznego i demokratycznego mandatu do pełnienia swej roli.</p>
<p><strong>Tabela:</strong></p>
<p><img src="http://nowaeuropa.org/wp-content/uploads/2010/08/100805_wykres1.jpg" alt="100805_wykres" title="100805_wykres" width="500" height="250" class="aligncenter size-full wp-image-347" /></p>
<p>źródło: Bulletin of Statistics Le Personnel de la Commission Janvier 2010 (dla obecnego składu DG RELEX wdł narodowości); Communication of Mr. KINNOCK C(2003)436/4 (dla skalkulowania metody obliczenia zgodnie z indeksem Kinnocka); Eurostat (dla liczby mieszkańców dla poszczególnych państw członkowskich)</p>
<p>* Obecny skład % w DG RELEX wdł. narodowości (urzędnicy oraz pracownicy tymczasowi (temporary agents) w Brukseli oraz w delegacjach Komisji, wszystkie stanowiska)<br />
** Wyliczony pożądany udział docelowy personelu z poszczególnych państw na podstawie KRV (Kinnock Reference Value)</p>
<p>Scenariuszowi takiemu zapobiec mają specjalne regulacje zapisane w przyjętej w lipcu decyzji o powołaniu ESDZ[2]. Po pierwsze, w procesie rekrutacji ma być zachowana zasada równowagi geograficznej (tak jak ma to miejsce w przypadku równowagi płci). Nie oznacza to, że kwestie merytoryczne schodzą na plan dalszy. Bez wątpienia natomiast wiąże się to z patrzeniem na ekspertyzę i doświadczenie kandydatów do ESDZ przez pryzmat ich dokonań zawodowych, a nie tylko wąskiego doświadczenia pracy w instytucjach europejskich.<br />
Po drugie, proces rekrutacji będzie stale monitorowany pod kątem realizacji zasady równowagi geograficznej przez specjalny Komitet Konsultacyjny składający się z przedstawicieli państw członkowskich, Komisji, sekretariatu generalnego Rady oraz ESDZ.</p>
<p>Po trzecie, każdego roku Catherine Ashton jako wysoki przedstawiciel będzie przedstawiać Radzie raport na temat obsadzania stanowisk w podległej jej ESDZ. Postępy w rekrutacji będą też uwzględnione w pierwszym audycie działania Służby, który zaplanowany jest na roku 2013. Wtedy też zobaczymy na ile udało się w praktyce zrealizować postulat równowagi geograficznej. Postulat, który choć sam w sobie ma charakter techniczny, ma ogromne konsekwencje polityczne.</p>
<p>Bez poczucia współwłasności ESDZ przez wszystkie zainteresowane strony nie będzie bowiem poczucia współodpowiedzialności członków UE za działania Europy w świecie. Trudno także myśleć o stopniowej budowie wspólnej kultury strategicznej Europy, o której wspomina Europejska Strategia Bezpieczeństwa, bez silnej reprezentacji przedstawicieli z nowych państw, których większość ma inną wrażliwość historyczną niż starzy członkowie, oraz dysponuje własną ekspertyzą w polityce zagranicznej i bezpieczeństwa.</p>
<p>[1] Communication of Mr. KINNOCK C(2003)436/4.<br />
[2] Zob. EEAS decision – main elements, MEMO/10/311,  Brussels, 8 July 2010.</p>
<p><strong>* Powyższy tekst stanowi wyraz osobistych opinii i poglądów autora. </p>
<p>** Olaf Osica jest ekspertem Centrum Europejskiego Natolin w Warszawie i wykładowcą w Instytucie Unii Europejskiej Collegium Civitas. Stale współpracuje z „Tygodnikiem Powszechnym”.</strong></p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://nowaeuropa.org/aktualnosci/2010/08/osica-europejska-sluzba-dzialan-zewnetrznych-a-postulat-rownowagi-geograficznej/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Jan Rokita o europejskim federalizmie</title>
		<link>http://nowaeuropa.org/aktualnosci/2010/06/jan-rokita-o-europejskim-federalizmie/</link>
		<comments>http://nowaeuropa.org/aktualnosci/2010/06/jan-rokita-o-europejskim-federalizmie/#comments</comments>
		<pubDate>Tue, 08 Jun 2010 21:14:05 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Administrator Strony</dc:creator>
				<category><![CDATA[Aktualności]]></category>
		<category><![CDATA[federalizm]]></category>
		<category><![CDATA[integracja]]></category>
		<category><![CDATA[rokita]]></category>
		<category><![CDATA[UE]]></category>
		<category><![CDATA[uniwersalizm]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://nowaeuropa.org/?p=339</guid>
		<description><![CDATA[Komisja jest głównym wyrazicielem idei uniwersalistycznych na terenie Unii i trzeba mieć z nią coś na kształt sojuszu strategicznego. „Strategicznego” – to nie znaczy codziennie i we wszystkim, ale zawsze wtedy, kiedy jest jakaś ważna rozgrywka w Europie. Ale zupełnie inaczej jest z Radą i całą siecią instytucji międzyrządowych w Unii, wzmocnionych dziś Traktatem Lizbońskim. [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Komisja jest głównym wyrazicielem idei uniwersalistycznych na terenie Unii i trzeba mieć z nią coś na kształt sojuszu strategicznego. „Strategicznego” – to nie znaczy codziennie i we wszystkim, ale zawsze wtedy, kiedy jest jakaś ważna rozgrywka w Europie. Ale zupełnie inaczej jest z Radą i całą siecią instytucji międzyrządowych w Unii, wzmocnionych dziś Traktatem Lizbońskim. Tam trzeba mieć pełną gotowość do prania się po pyskach, tylko trzeba precyzyjnie wiedzieć kiedy, o co i jak &#8211; mówi Jan Rokita.<br />
<span id="more-339"></span></p>
<p><strong>Jakub Lubelski: W ostatnich latach, znów mamy powrót debaty o podstawowych kierunkach polskiej polityki zagranicznej. Co się takiego zmieniło?</strong></p>
<p>Jan Rokita: Trzy procesy, które przeobrażają świat wpływają mocno także na Polskę. Czy sojusz zachodni służy do obrony niepodległości Polski, Czech albo Rumuni? Kto stawia dzisiaj takie pytanie nie jest wariatem. Przede wszystkim w związku z przeniesieniem ciężaru zainteresowania zachodniego sojuszu obronnego na problemy azjatyckie. To po pierwsze.<br />
Po drugie, ciekawe przemiany nastąpiły na wschodzie i one postawiły pod znakiem zapytania tradycyjny „giedroyciowski” paradygmat polskiej polityki wschodniej. Co się zmieniło? Perspektywa tego, by mieć zachód po swojej lewej i prawej stronie okazała się raczej nierealistyczna. I wbrew temu, co się w Polsce mówi na temat reżimu Putina (a przynajmniej mówiło do katastrofy kwietniowej)- okazał się on sprawcą daleko idących zmian politycznych okcydentalizujących Rosję, w efekcie czego stała się ona jeszcze bardziej atrakcyjna dla świata zachodniego. Nas to wprawiło w konfuzję. Nam się wydawało, że tam będzie albo wieczyste pijaństwo i oligarchia w stylu Jelcyna, albo panowanie prymitywnych KGB-istów, ze skłonnościami do rządów jawnie dyktatorsko-policyjnych. A tymczasem Rosja się zdenikizowała, a rządząca ekipa przypomina białych z czasów kontrrewolucji.<br />
To jest dla Polski oczywiście kłopot. Nowa Rosja nie akceptuje bowiem współczesnego układu geopolitycznego i otwarcie mówi, że jej się ‘89 rok i jego skutki nie podobają i że chciałaby choć częściowo je cofnąć. Minister Ławrow może z największą szczerością i otwartością powiedział po wojnie gruzińskiej, że do takich akcji świat się musi przyzwyczaić. A zarazem Rosja jest bardziej niż kiedykolwiek praworządna, ładnie wyglądająca i respektująca prawa człowieka – przynajmniej te strzegące fundamentów życia prywatnego – np. wolność słowa czy swobody religijne</p>
<p><strong>Otwarcie stawia się pytanie o wejście w przyszłości Rosji do struktur zachodnich, Unii, NATO…</strong></p>
<p>No właśnie.<br />
A po trzecie nastąpiły symbolizowane przez Traktat Lizboński i jego konsekwencje zmiany w Unii Europejskiej. Paradoks polega na tym, że wejście w życie Traktatu było pewnie niezbędne do tego, żeby u lizbo-entuzjastów nastąpił proces rozczarowania jego oczywistymi i możliwymi do przewidzenia konsekwencjami. Przede wszystkim musiało nastąpić osłabienie mechanizmu wspólnotowego Unii na rzecz instytucji międzyrządowych z Radą na czele. Jeden z czołowych bojowników o traktat, który jeździł na Hradczany obrażać prezydenta Klausa – Daniel Cohn-Bendit niemal przeklął publicznie niemiecko-francuski traktatowy spisek po nominacjach Lady Ashton i Van Rompuya. To bardzo zabawne było.<br />
Te wszystkie kwestie otwierają przed Polską na nowo pytania geopolityczne. Po okresie dziecięctwa niepodległego państwa przychodzi powoli wiek dojrzały, a wraz z nim bardzo trudne, niejednoznaczne wybory.</p>
<p><strong>Czy wobec takiej analizy obecnej sytuacji, dyskusja na temat ogólnego kierunku przyszłości projektu integracyjnego, jak gdyby ustawionego pomiędzy Europą ojczyzn a Federalistami nie jest fałszywa?</strong></p>
<p>Nie widzę dzisiaj w Europie takiej alternatywnej idei, która mogłaby być faktycznym zaczynem jakiegoś wielkiego załamania procesu integracyjnego bądź renacjonalizacji na wielką skalę. Wielki projekt integracji Europy z fundamentem religijnym, którego ostatnim symbolem pozostanie cesarstwo Karola V, upadł pod ciosami idei reformy religijnej i suwerenności władców na przełomie XVI i XVII wieku. Z kolei trzy wieki później chwiejną i względną polityczną jedność dworów przeciw rewolucji zaordynowaną na Kongresie Wiedeńskim rozbił nacjonalizm prowadzący do wojny światowej. Dziś owszem, są w Europie – jak zawsze- bardzo rozbieżne interesy, ale nie widać ideowego paliwa dla mocnego rozłamu. Spory o finanse nie wystarczą.<br />
Więc choć w niezliczonych konfliktach, Europa jest nadal urządzana wedle konceptu uniwersalistycznego, który zresztą jest w Europie zdroworozsądkowy. To jest przecież tak mały kontynent, że z natury rzeczy musi ciągle wracać do projektu uniwersalistycznego, jeśli chce myśleć o jakiejkolwiek swojej roli w świecie. Z Europą jest trochę tak jak z Grecją antyczną, w której zwalczały się na śmierć i życie wszystkie większe miasta, ale w doktrynie politycznej obowiązywał zarazem dogmat panhelleńskiej jedności. W końcu urzeczywistniony – choć przemocą – przez Macedończyków. </p>
<p><strong>Pan opowiada o powrocie uniwersalizmu i braku jakiejkolwiek idei zastępczej a jednak wciąż słyszymy o renacjonalizacji w Europie…</strong></p>
<p>Tak i warto zastanawiać się nad współczesnymi źródłami partykularyzmów europejskich. </p>
<p><strong>Pan się zastanawia ale wciąż Pan krąży wokół tego uniwersalizmu.</strong></p>
<p>Bo ja bardzo myślowo lubię tę europejską tradycję uniwersalistyczną. Cenię ją jak każdy porządny konserwatysta, którym zapewne zresztą nie jestem, ale akurat ten wątek europejskiej tradycji konserwatywnej jest mi bardzo bliski. Jak to Norwid mówił – uniwersalizm europejski – to jest sprawa „chrystusowa”, a nie tylko polska. Czyli ważniejsza. Chodzi o to, co w ogóle stanie się z tzw. Zachodem.</p>
<p><strong>To już mamy motyw mesjanistyczny. To, wokół czego te nacjonalizmy się koncentrują?</strong></p>
<p>Europejskie partykularyzmy rozwijają się dziś głównie wokół coraz bardziej nerwowych i chaotycznych prób obrony rozkładającego się welfare state. Jest wiele grup interesu i nacisku na obronę najrozmaitszych przywilejów, związanych z ustanowieniem po Drugiej Wojnie Światowej państwa dobrobytu. O swoje przywileje walczą rozmaite branże, sektory, koncerny, regiony, grupy socjalne, związki zawodowe. A ich rzecznikami stają się bardzo często rozmaite demokratyczne rządy, zależne politycznie i wyborczo od tych lobbies. To jest dość częsty mechanizm napędzający spory międzyrządowe, jak np. o ochronę krajowej produkcji albo narodowych rynków pracy. Linie tych walk często się ze sobą przecinają i nie zawsze wiadomo kto z kim walczy naprawdę i dlaczego.</p>
<p><strong>Jakieś przykłady?</strong></p>
<p>Czy koncerny bardziej biją się z własnymi związkami zawodowymi, czy raczej używają swoich związkowców do walki z unijnymi instytucjami wspólnotowymi, odpowiedzialnymi za pilnowanie reguł jednolitego rynku? Wystarczy popatrzyć co działo się w ubiegłym roku w przemyśle samochodowym. Albo czy rządy niemal zgodnie blokujące ujednolicenie rynku telekomunikacyjnego w Europie działają przeciw integracji i przeciw interesom własnych obywateli, bo wierzą w zasadę narodowej suwerenności telekomunikacyjnej ponad wszystko? To nonsensowne przypuszczenie. Dzięki Komisji i opozycyjnej dziś w większości krajów Unii lewicy udało się niedawno trochę polepszyć nasze warunki korzystania z usług telekomunikacyjnych. Ale sojusz większości rządów i koncernów z europejskimi „suwerennosciowcami” uniemożliwił faktyczny przełom w tej dziedzinie. Kogo więc w tym przypadku reprezentowały owe „suwerennościowe” rządy, skoro szły przeciw oczywistym interesom swoich własnych obywateli – konsumentów? To jeden z licznych przykładów nikłej przejrzystości mechanizmu napędzającego trend anyintegracyjny.</p>
<p><strong>Jak ktoś, kto tak jasno widzi i celnie określa te rozmaite formy egozimów, może jednocześnie obstawać przy idei uniwersalizmu i federalizmu UE?</strong></p>
<p>Odpowiedź zależy od tego, co Pan ma na myśli mówiąc o „obstawaniu”. Jeśli chodzić by miało o ocenę długofalowych celów polskiej polityki – to rzecz wydaje mi się dość oczywista. Dla dużego, ale ubogiego kraju położonego między Rosją i Niemcami federalizm europejski jest lepszy od antyfederalizmu. Tak z powodu zapóźnienia materialnego -integracja pozwala na efekt zwiększającej się spójności, jak i z powodów geopolitycznych – przy dobrej polityce w Unii Polska może cos znaczyć, a między Rosją a Niemcami nigdy nic. To jest skrót strategicznej polskiej argumentacji w sprawie wyższości federalizmu. Natomiast zgodzę się, że w codziennym wymiarze praktycznym rzecz nie jest tak jednoznaczna. W Unii od pewnego czasu przyjęło się, że z hasłami europejskimi na ustach najwięksi walczą o swoje, przy czym często – jak mówiłem – to „swoje” nie wiadomo czyje jest dokładnie. I Polska musi umieć robić to samo, czyli bić się i wygrywać różne interesy, wtedy gdy warte są one obrony. A więc trzeba nam niejako prowadzić politykę dwutorową.</p>
<p>Jak to Pan dokładniej rozumie?</p>
<p>Świętej pamięci Krzysztof Skubiszewski prowadził kiedyś dwutorową politykę wschodnią: za niepodległością republik sowieckich i za ówczesną Wspólnotą organizowaną przez Moskwę. Mam wrażenie, że trzeba nam czegoś zbliżonego w polityce europejskiej. Na poziomie długofalowego interesu Polski – strategicznym partnerem jest Komisja, są instytucje wspólnotowe i na dodatek ta obrzydliwa biurokracja, która ma same wady, ale jedną kluczową zaletę z polskiego punktu widzenia: pragnie ograniczenia niemiecko-francuskiej dominacji, i chce integracji bardziej na modłę Związku Beockiego, a nie Symachii Delijskiej. W jej interesie leży bowiem, żeby rządy były w ręku sporej grupy większych i równoprawnych polis, nie zaś, żeby z Aten kontrolowano par force każda wysepkę.<br />
Komisja jest głównym wyrazicielem idei uniwersalistycznych na terenie Unii i trzeba mieć z nią coś na kształt sojuszu strategicznego. „Strategicznego” – to nie znaczy codziennie i we wszystkim, ale zawsze wtedy, kiedy jest jakaś ważna rozgrywka w Europie. Ale zupełnie inaczej jest z Radą i całą siecią instytucji międzyrządowych w Unii, wzmocnionych dziś Traktatem Lizbońskim. Tam trzeba mieć pełną gotowość do prania się po pyskach, tylko trzeba precyzyjnie wiedzieć kiedy, o co i jak. No, ale to już jest kwestia treści, a nie tylko formy europejskiej polityki.</p>
<p>Skrócona wersja rozmowy z Janem Rokitą, przeprowadzonej 24 marca 2010 roku. Całość na stronie <a href="http://teologiapolityczna.pl/index.php?option=com_content&#038;task=view&#038;id=2801&#038;Itemid=113">„Teologii Politycznej”.<br />
</a></p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://nowaeuropa.org/aktualnosci/2010/06/jan-rokita-o-europejskim-federalizmie/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Staniszkis: Nie wejdziemy do euro</title>
		<link>http://nowaeuropa.org/temat-miesiaca/2010/06/staniszkis-polska-nie-wejdzie-do-strefy-euro/</link>
		<comments>http://nowaeuropa.org/temat-miesiaca/2010/06/staniszkis-polska-nie-wejdzie-do-strefy-euro/#comments</comments>
		<pubDate>Tue, 08 Jun 2010 21:01:46 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Administrator Strony</dc:creator>
				<category><![CDATA[Temat miesiąca]]></category>
		<category><![CDATA[euro]]></category>
		<category><![CDATA[Europa środkowa]]></category>
		<category><![CDATA[kryzys]]></category>
		<category><![CDATA[państwo]]></category>
		<category><![CDATA[Polska]]></category>
		<category><![CDATA[Rosja]]></category>
		<category><![CDATA[Staniszkis]]></category>
		<category><![CDATA[UE]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://nowaeuropa.org/?p=336</guid>
		<description><![CDATA[Jakub Lubelski: Pani Profesor, w ostatnim czasie Rosjanie nie tylko kupują okręty wojenne od zachodnioeuropejskich partnerów, doprowadzają do tego, że na Ukrainie jeszcze długo pozostanie ich flota ale i proponuje się otwarcie połączenie ukraińskiego przedsiębiorstwa energetycznego z rosyjskim. Ostatnio natomiast przedstawiciel Gazpromu gościł na Uniwersytecie Warszawskim i ofiarował polskim doktorantom stypendia na doktoraty o stosunkach [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><strong>Jakub Lubelski: Pani Profesor, w ostatnim czasie Rosjanie nie tylko kupują okręty wojenne od zachodnioeuropejskich partnerów, doprowadzają do tego, że na Ukrainie jeszcze długo pozostanie ich flota ale i proponuje się otwarcie połączenie ukraińskiego przedsiębiorstwa energetycznego z rosyjskim. Ostatnio natomiast przedstawiciel Gazpromu gościł na Uniwersytecie Warszawskim i ofiarował polskim doktorantom stypendia na doktoraty o stosunkach polsko-rosyjskich&#8230;</strong></p>
<p>Jadwiga Staniszkis: Podam przykłady pokazujące coś zupełnie innego niż Pan sugeruje. Wielu analityków mówiło nawet, że szkoda tak pięknego Sewastopola na składnicę złomu. Obserwujący defiladę 9-ego maja, specjalista w TVN24, mówił że część uzbrojenia armii rosyjskiej pochodziła z lat `70-tych a nowoczesna część jak na przykład czołgi, wprawdzie jest produkowana w Rosji, jednak armii rosyjskiej na takie zakupy nie stać. To jest produkcja przede wszystkim na eksport do takich krajów jak Indie. Jeśli chodzi o połączenie Gazpromu z Naftohazem, rzeczywiście ta transakcja otrzymała błogosławieństwo zachodu. Jednak uważnie obserwujący sytuację dostrzegają tu przewrotny pomysł demontażu Rosji. </p>
<p><strong>Pani sugeruje, że Zachód prowadzi z Rosją jakąś grę?</strong></p>
<p>Skonfliktowane i anachroniczne państwo rosyjskie, traktuje się jako dodatek do Gazpromu, który znacznie łatwiej jest kooptować, wciągnąć w relację z zachodem. Na razie strategia polega na rozdymaniu Gazpromu, tak jak było overstretching Imperium, będzie overstretching Gazpromu, który rozciągając się nadmiernie, dostrzeże, że nie ma funduszy na modernizacje i złoża. Wtedy wejdą tam Niemcy. To jest właśnie strategia prowadząca do nadmiernego rozciągania, naprawdę zachód nie jest taki głupi. Kraje, o których u nas mówi się, że są w sidłach Rosji – przede wszystkim to Białoruś i Ukraina – prowadzą znacznie bardziej pomysłową politykę energetyczną niż taki kraj jak Polska, wykorzystując między innymi rurociąg Odessa – Brody. Tak jakbyśmy nie dostrzegali, że wymiar symboliczny jest zupełnie inny niż faktyczna polityka. To, co obserwujemy to z punktu widzenia faktycznej relacji sił ustępstwa bez większego znaczenia. </p>
<p><strong>Mam rozumieć że nie taki niedźwiedź straszny?</strong></p>
<p>Opisywałam kiedyś błędne rachuby Rosji po wycofaniu się z Europy środkowej, z oczekiwaniem, że będzie to obszar neutralny. Mam na myśli to, co zaproponował Gromyko już w 1985 roku, wówczas ZSRR oczekiwał nagrody, jaką otrzymały Chiny po 1978 roku, kiedy się reorientowały dyplomatycznie. To się nie udało. Każdy dolar, który po 1990 roku zgodnie z poprawką amerykańskiego senatora Jacksonsa otrzymywała Rosja, był związany ze zmniejszeniem jej zdolności wojskowych. Bardzo wyraźnie widać, że to jest kontynuowane. </p>
<p><strong>Proszę o więcej argumentów na to, że Rosja jest słaba, bo odnoszę wrażenie, że Polacy tak tego nie widzą. </strong></p>
<p>Warto pokazać znaczenie przesunięć we władzach w Azji centralnej. Na przykład zmiany w Kirgizji są interpretowane i ja także tak uważam, jako wzmocnienie obecności Stanów Zjednoczonych i Chin w tym obszarze i osłabienie Rosji w związku z modernizowaniem się Grupy Szanghajskiej. W dalszej perspektywie USA chcą jej przekazać kontrolę nad Afganistanem. Teraz wracając do Rosji, we wszystkich obszarach ma ona oczywiście swoje atuty, stosunki z Iranem, jest ważnym graczem, ma broń atomową, ale nawet ostatnie działania rozbrojeniowe nie zmieniają tego, że Rosja jest słaba i nie wykorzystała okresu po upadku komunizmu żeby się zmodernizować. Podczas kryzysu 1998 roku, Rosja była bliska rozpadu na autonomiczne terytoria. Putin powstrzymał te tendencje odśrodkowe, ale nie zmodernizował ani państwa, ani gospodarki. Kraje jak Turcja, Gruzja czy Izrael z USA tworzą pewnego rodzaju pierścień, do tego mamy Ukrainę i Białoruś prowadzące pomysłową politykę, no i my jako skansen. Ja to powiedziałam na konferencji w Wyższej Szkole Europejskiej im. Ks. Józefa Tischnera w Krakowie, odpowiadając wiceministrowi spraw zagranicznych Panu Borkowskiemu na jego referat, w którym mówił o zwrocie w naszej polityce wobec Rosji dokonanym przez Tuska. </p>
<p><strong>Jak Pani widzi sytuację Europy w trakcie kryzysu w Grecji?</strong></p>
<p>Bawarczycy z CDU zasugerowali, żeby nie pomagać Grecji i żeby ją wyrzucić z euro, co mogłoby być także lepsze dla Grecji, bo mogłoby lepiej zwalczyć kryzys mając możliwość oscylacji kursowych. Merkel oparła się temu, bo uznała, że to by pokazało, że można wrócić do własnej waluty. Dąży ona do stworzenia ponadpaństwowego rządu gospodarczego w ramach eurogrupy, czemu Bawaria jest przeciwna. Polityczny aspekt euro, to temat, o którym mówi cała zachodnia Europa, a u nas to wszystko jest interpretowane wyłącznie w kategoriach rynkowych.</p>
<p><strong>Krytykuje pani polską debatę o euro…</strong></p>
<p>Nie, Polska moim zdaniem nie wejdzie do euro. </p>
<p><strong>Nie wejdziemy do Euro w zapowiadanym terminie?</strong></p>
<p>Nie w ogóle, nie wejdziemy do euro, przecież to jest nie możliwe, już się o tym nie mówi. Już teraz widać, że mamy dwa razy większy poziom deficytu niż średnia unijna. Zresztą opis gospodarki przy pomocy kilku wskaźników jest niewystarczający. Może być archaiczna struktura, która ma niezłe wyniki – tak jak Rosja w 1998 roku, w kryzysie nie miała inflacji bo nie miała pieniądza – bo miała naturalną wymianę i zorganizowane rynki oparte na barterze. W tej chwili będą patrzeć na poziom technologiczny, jakość struktur a my się tu pogorszyliśmy. My wydajemy na badania 0,6 oni koło 4, Izrael 4,6 proc. PKB – to będzie decydowało czy jesteśmy w stanie zaczepić się o modernizującą się eurogrupę. </p>
<p>Poszerzona wersja rozmowy przeprowadzonej 25 maja 2010 roku, dostępna jest na portalu <a href="http://teologiapolityczna.pl/index.php?option=com_content&#038;task=view&#038;id=2874&#038;Itemid=113">„Teologii politycznej”.</a></p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://nowaeuropa.org/temat-miesiaca/2010/06/staniszkis-polska-nie-wejdzie-do-strefy-euro/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Ukazał się nowy numer specjalny &#8220;Nowej Europy&#8221;</title>
		<link>http://nowaeuropa.org/aktualnosci/2010/05/ukazal-sie-nowy-numer-specjalny-nowej-europy/</link>
		<comments>http://nowaeuropa.org/aktualnosci/2010/05/ukazal-sie-nowy-numer-specjalny-nowej-europy/#comments</comments>
		<pubDate>Mon, 24 May 2010 22:00:46 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Administrator Strony</dc:creator>
				<category><![CDATA[Aktualności]]></category>
		<category><![CDATA[nowa europa]]></category>
		<category><![CDATA[numer specjalny]]></category>
		<category><![CDATA[Olaf Osica]]></category>
		<category><![CDATA[Północ]]></category>
		<category><![CDATA[rywalizacja]]></category>
		<category><![CDATA[UE]]></category>
		<category><![CDATA[współpraca]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://nowaeuropa.org/?p=332</guid>
		<description><![CDATA[Nowy numer specjalny pt. &#8220;Daleka Północ jako nowy obszar współpracy i rywalizacji&#8221; poświęcony jest perspektywom rozwoju sytuacji politycznej i bezpieczeństwa na europejskiej Dalekiej Północy oraz implikacjom tego procesu dla polityki zagranicznej i bezpieczeństwa Polski. Analiza Olafa Osicy ma charakter przekrojowy. Przeczytaj całość.
]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Nowy numer specjalny pt. &#8220;Daleka Północ jako nowy obszar współpracy i rywalizacji&#8221; poświęcony jest perspektywom rozwoju sytuacji politycznej i bezpieczeństwa na europejskiej Dalekiej Północy oraz implikacjom tego procesu dla polityki zagranicznej i bezpieczeństwa Polski. Analiza Olafa Osicy ma charakter przekrojowy. <a href="http://nowaeuropa.org/wp-content/uploads/2010/05/Nowa_Europa_n_spec_2010.pdf">Przeczytaj całość</a>.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://nowaeuropa.org/aktualnosci/2010/05/ukazal-sie-nowy-numer-specjalny-nowej-europy/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Jan Rokita o Europie</title>
		<link>http://nowaeuropa.org/temat-miesiaca/2010/05/jan-rokita-o-europie/</link>
		<comments>http://nowaeuropa.org/temat-miesiaca/2010/05/jan-rokita-o-europie/#comments</comments>
		<pubDate>Sun, 16 May 2010 11:59:44 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Administrator Strony</dc:creator>
				<category><![CDATA[Temat miesiąca]]></category>
		<category><![CDATA[Europa]]></category>
		<category><![CDATA[federalizm]]></category>
		<category><![CDATA[integracja]]></category>
		<category><![CDATA[Jan Rokita]]></category>
		<category><![CDATA[nowa europa]]></category>
		<category><![CDATA[Polska]]></category>
		<category><![CDATA[UE]]></category>
		<category><![CDATA[uniwersalizm]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://nowaeuropa.org/?p=321</guid>
		<description><![CDATA[Jakub Lubelski: W ostatnich latach, znów mamy powrót debaty o podstawowych kierunkach polskiej polityki zagranicznej. Co się takiego zmieniło?
Jan Rokita: Trzy procesy, które przeobrażają świat wpływają mocno także na Polskę. Czy sojusz zachodni służy do obrony niepodległości Polski, Czech albo Rumuni? Kto stawia dzisiaj takie pytanie nie jest wariatem. Przede wszystkim w związku z przeniesieniem [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><strong>Jakub Lubelski: W ostatnich latach, znów mamy powrót debaty o podstawowych kierunkach polskiej polityki zagranicznej. Co się takiego zmieniło?</strong></p>
<p><strong>Jan Rokita: </strong>Trzy procesy, które przeobrażają świat wpływają mocno także na Polskę. Czy sojusz zachodni służy do obrony niepodległości Polski, Czech albo Rumuni? Kto stawia dzisiaj takie pytanie nie jest wariatem. Przede wszystkim w związku z przeniesieniem ciężaru zainteresowania zachodniego sojuszu obronnego na problemy azjatyckie. To po pierwsze.<br />
      Po drugie, ciekawe przemiany nastąpiły na wschodzie i one postawiły pod znakiem zapytania tradycyjny „giedroyciowski” paradygmat polskiej polityki wschodniej. Co się zmieniło? Perspektywa tego, by mieć zachód po swojej lewej i prawej stronie okazała się raczej nierealistyczna. I wbrew temu, co się w Polsce mówi na temat reżimu Putina (a przynajmniej mówiło do katastrofy kwietniowej)- okazał się on sprawcą daleko idących zmian politycznych okcydentalizujących Rosję, w efekcie czego stała się ona jeszcze bardziej atrakcyjna dla świata zachodniego. Nas to wprawiło w konfuzję. Nam się wydawało, że tam będzie albo wieczyste pijaństwo i oligarchia w stylu Jelcyna, albo panowanie prymitywnych  KGB-istów, ze skłonnościami do rządów jawnie dyktatorsko-policyjnych.  A tymczasem Rosja się zdenikizowała, a rządząca ekipa przypomina białych z czasów kontrrewolucji.<br />
      To jest dla Polski oczywiście kłopot. Nowa Rosja nie akceptuje bowiem współczesnego układu geopolitycznego i otwarcie mówi, że jej się ‘89 rok i jego skutki nie podobają i że chciałaby choć częściowo je cofnąć. Minister Ławrow może z największą szczerością i otwartością powiedział po wojnie gruzińskiej, że do takich akcji świat się musi przyzwyczaić. A zarazem Rosja jest bardziej niż kiedykolwiek praworządna, ładnie wyglądająca i  respektująca  prawa człowieka – przynajmniej te strzegące fundamentów życia prywatnego – np. wolność słowa czy swobody religijne</p>
<p><strong>Otwarcie stawia się pytanie o wejście w przyszłości Rosji do struktur zachodnich, Unii, NATO&#8230;</strong></p>
<p>No właśnie.<br />
      A po trzecie nastąpiły symbolizowane przez Traktat Lizboński i jego konsekwencje zmiany w Unii Europejskiej. Paradoks polega na tym, że wejście w życie Traktatu było pewnie niezbędne do tego, żeby u lizbo-entuzjastów nastąpił proces rozczarowania jego  oczywistymi i możliwymi do przewidzenia konsekwencjami.  Przede wszystkim musiało nastąpić osłabienie mechanizmu wspólnotowego Unii na rzecz instytucji międzyrządowych z Radą na czele. Jeden z czołowych bojowników o traktat, który jeździł na Hradczany obrażać prezydenta Klausa – Daniel Cohn-Bendit niemal przeklął publicznie niemiecko-francuski traktatowy spisek po nominacjach Lady Ashton i Van Rompuya. To bardzo zabawne było.<br />
      Te wszystkie kwestie otwierają przed Polską na nowo pytania geopolityczne. Po  okresie dziecięctwa niepodległego państwa przychodzi powoli wiek dojrzały, a wraz z nim bardzo trudne, niejednoznaczne wybory.</p>
<p><strong>Czy wobec takiej analizy obecnej sytuacji, dyskusja na temat ogólnego kierunku przyszłości projektu integracyjnego, jak gdyby ustawionego pomiędzy Europą ojczyzn a Federalistami nie jest fałszywa?</strong></p>
<p>Nie widzę dzisiaj w Europie takiej alternatywnej idei, która mogłaby być faktycznym zaczynem jakiegoś wielkiego załamania procesu integracyjnego bądź renacjonalizacji na wielką skalę. Wielki projekt integracji Europy z fundamentem religijnym, którego ostatnim symbolem pozostanie cesarstwo Karola V, upadł pod ciosami idei reformy religijnej i suwerenności władców na przełomie XVI i XVII wieku. Z kolei trzy wieki później chwiejną i względną polityczną jedność dworów przeciw rewolucji zaordynowaną na Kongresie Wiedeńskim rozbił nacjonalizm prowadzący do wojny światowej. Dziś owszem, są w Europie – jak zawsze- bardzo rozbieżne interesy, ale nie widać ideowego paliwa dla mocnego rozłamu. Spory o finanse nie wystarczą.<br />
Więc choć w niezliczonych konfliktach, Europa jest nadal urządzana wedle konceptu uniwersalistycznego, który zresztą jest w Europie zdroworozsądkowy. To jest przecież tak mały kontynent, że z natury rzeczy musi ciągle wracać do projektu uniwersalistycznego, jeśli chce myśleć o jakiejkolwiek swojej roli w świecie. Z Europą jest trochę tak jak z Grecją antyczną, w której zwalczały się na śmierć i życie wszystkie większe miasta, ale w doktrynie politycznej obowiązywał zarazem dogmat panhelleńskiej jedności. W końcu urzeczywistniony &#8211; choć przemocą &#8211; przez Macedończyków. </p>
<p><strong>Pan opowiada o powrocie uniwersalizmu i braku jakiejkolwiek idei zastępczej a jednak wciąż słyszymy o renacjonalizacji w Europie&#8230;</strong></p>
<p>Tak i warto zastanawiać się nad współczesnymi źródłami partykularyzmów europejskich. </p>
<p><strong>Pan się zastanawia ale wciąż Pan krąży wokół tego uniwersalizmu.</strong></p>
<p>Bo ja bardzo myślowo lubię tę europejską tradycję uniwersalistyczną. Cenię ją jak każdy porządny konserwatysta, którym zapewne zresztą nie jestem, ale akurat ten wątek  europejskiej tradycji konserwatywnej jest mi bardzo bliski. Jak to Norwid mówił –  uniwersalizm europejski &#8211; to jest sprawa „chrystusowa”, a nie  tylko polska.  Czyli ważniejsza. Chodzi o to, co w ogóle stanie się z tzw. Zachodem.</p>
<p><strong>To już mamy motyw mesjanistyczny. To, wokół czego te nacjonalizmy się koncentrują?</strong></p>
<p>Europejskie partykularyzmy rozwijają się dziś głównie wokół coraz bardziej nerwowych i chaotycznych prób obrony rozkładającego się welfare state. Jest wiele grup interesu i nacisku na obronę najrozmaitszych przywilejów, związanych z ustanowieniem po Drugiej Wojnie Światowej państwa dobrobytu. O swoje przywileje walczą rozmaite branże, sektory, koncerny, regiony, grupy socjalne, związki zawodowe. A ich rzecznikami stają się bardzo często rozmaite demokratyczne rządy, zależne politycznie i wyborczo od tych lobbies.  To jest dość częsty mechanizm napędzający spory międzyrządowe, jak np. o ochronę krajowej produkcji albo narodowych rynków pracy. Linie tych walk często się ze sobą przecinają i nie zawsze wiadomo kto z kim walczy naprawdę i dlaczego.<br />
<strong><br />
Jakieś przykłady?</strong></p>
<p>Czy koncerny bardziej biją się z własnymi związkami zawodowymi, czy raczej używają swoich związkowców do walki z unijnymi instytucjami wspólnotowymi, odpowiedzialnymi za pilnowanie reguł jednolitego rynku?  Wystarczy popatrzyć co działo się w ubiegłym roku w przemyśle samochodowym. Albo czy rządy niemal zgodnie blokujące ujednolicenie rynku telekomunikacyjnego w Europie działają przeciw integracji i przeciw interesom własnych obywateli, bo wierzą w zasadę narodowej suwerenności telekomunikacyjnej ponad wszystko? To nonsensowne przypuszczenie. Dzięki Komisji i opozycyjnej dziś w większości krajów Unii lewicy udało się niedawno trochę polepszyć nasze warunki korzystania z usług telekomunikacyjnych. Ale sojusz większości rządów i koncernów z europejskimi „suwerennosciowcami” uniemożliwił faktyczny przełom w tej dziedzinie. Kogo więc w tym przypadku reprezentowały owe „suwerennościowe” rządy, skoro szły przeciw oczywistym interesom swoich własnych obywateli – konsumentów? To jeden z licznych przykładów nikłej przejrzystości mechanizmu napędzającego trend anyintegracyjny.</p>
<p><strong>Jak ktoś, kto tak jasno widzi i celnie określa te rozmaite formy egozimów, może jednocześnie obstawać przy idei uniwersalizmu i federalizmu UE?</strong></p>
<p>Odpowiedź zależy od tego, co Pan ma na myśli mówiąc o „obstawaniu”. Jeśli chodzić by miało o ocenę długofalowych celów polskiej polityki – to rzecz wydaje mi się dość oczywista. Dla dużego, ale ubogiego kraju położonego między Rosją i Niemcami federalizm europejski jest lepszy od antyfederalizmu. Tak z powodu zapóźnienia materialnego -integracja pozwala na efekt zwiększającej się spójności, jak i z powodów geopolitycznych – przy dobrej polityce w Unii Polska może cos znaczyć, a między Rosją a Niemcami nigdy nic. To jest skrót strategicznej polskiej argumentacji w sprawie wyższości federalizmu. Natomiast zgodzę się, że w codziennym wymiarze praktycznym rzecz nie jest tak jednoznaczna. W Unii od pewnego czasu przyjęło się, że z hasłami europejskimi na ustach najwięksi walczą o swoje, przy czym często – jak mówiłem – to „swoje” nie wiadomo czyje jest dokładnie. I Polska  musi umieć robić to samo, czyli bić się i wygrywać różne interesy, wtedy gdy warte są one obrony. A więc trzeba nam niejako prowadzić politykę dwutorową.</p>
<p><strong>Jak to Pan dokładniej rozumie?</strong></p>
<p>Świętej pamięci Krzysztof Skubiszewski prowadził kiedyś dwutorową politykę wschodnią: za niepodległością republik sowieckich i za ówczesną Wspólnotą organizowaną przez Moskwę. Mam wrażenie, że trzeba nam czegoś zbliżonego w polityce europejskiej. Na poziomie  długofalowego interesu Polski – strategicznym partnerem jest Komisja, są instytucje wspólnotowe i na dodatek ta obrzydliwa biurokracja, która ma same wady, ale jedną kluczową zaletę z polskiego punktu widzenia: pragnie ograniczenia niemiecko-francuskiej dominacji, i chce integracji bardziej na modłę Związku Beockiego, a nie Symachii  Delijskiej.  W jej interesie leży bowiem, żeby rządy były w ręku sporej grupy większych i równoprawnych polis, nie zaś, żeby z Aten kontrolowano par force każda wysepkę.<br />
      Komisja jest głównym wyrazicielem idei uniwersalistycznych na terenie Unii i trzeba mieć z nią coś na kształt sojuszu strategicznego. „Strategicznego” – to nie znaczy codziennie i we wszystkim, ale zawsze wtedy, kiedy jest jakaś ważna rozgrywka w Europie. Ale zupełnie inaczej jest z Radą i całą siecią instytucji międzyrządowych w Unii, wzmocnionych dziś Traktatem Lizbońskim. Tam trzeba mieć pełną gotowość do prania się po pyskach, tylko trzeba precyzyjnie wiedzieć kiedy, o co i jak. No, ale to już jest kwestia treści, a nie tylko formy europejskiej polityki.</p>
<p><strong><br />
Skrócona wersja rozmowy z Janem Rokitą, przeprowadzonej 24 marca 2010 roku. Całość na stronie <a href="http://www2.teologiapolityczna.pl/index.php?option=com_content&#038;task=view&#038;id=2801&#038;Itemid=113">„Teologii Politycznej&#8221;</a></strong></p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://nowaeuropa.org/temat-miesiaca/2010/05/jan-rokita-o-europie/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Numer 1 (9) / 2010</title>
		<link>http://nowaeuropa.org/ostatni-numer/2010/05/numer-1-9-2010/</link>
		<comments>http://nowaeuropa.org/ostatni-numer/2010/05/numer-1-9-2010/#comments</comments>
		<pubDate>Mon, 10 May 2010 11:24:14 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Administrator Strony</dc:creator>
				<category><![CDATA[Ostatni numer]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://nowaeuropa.org/?p=308</guid>
		<description><![CDATA[Wstęp
Spis treści
Marek A. CICHOCKI &#8211; Europejska Polityka Sąsiedztwa czy Polityki Sąsiedztwa?
Jakub LUBELSKI &#8211; Związek Bałtycki i Trzecia Europa. Koncepcje reorganizacji Europy Środkowej w polityce zagranicznej II Rzeczypospolitej
Michał ŁUSZCZUK &#8211; Obszary arktyczne w działalności UE
]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><a href="http://nowaeuropa.org/wp-content/uploads/2010/05/NE9_wstep.pdf">Wstęp</a><br />
<a href="http://nowaeuropa.org/wp-content/uploads/2010/05/NE9_spis_tresci.pdf">Spis treści</a><br />
<a href="http://nowaeuropa.org/wp-content/uploads/2010/05/NE9_Cichocki.pdf">Marek A. CICHOCKI &#8211; Europejska Polityka Sąsiedztwa czy Polityki Sąsiedztwa?</a><br />
<a href="http://nowaeuropa.org/wp-content/uploads/2010/05/NE9_Lubelski.pdf">Jakub LUBELSKI &#8211; Związek Bałtycki i Trzecia Europa. Koncepcje reorganizacji Europy Środkowej w polityce zagranicznej II Rzeczypospolitej</a><br />
<a href="http://nowaeuropa.org/wp-content/uploads/2010/05/NE9_Luszczuk.pdf">Michał ŁUSZCZUK &#8211; Obszary arktyczne w działalności UE</a></p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://nowaeuropa.org/ostatni-numer/2010/05/numer-1-9-2010/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>1</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Osica: Europa i jej barbarzyńcy</title>
		<link>http://nowaeuropa.org/aktualnosci/2010/03/osica-europa-i-jej-barbarzyncy/</link>
		<comments>http://nowaeuropa.org/aktualnosci/2010/03/osica-europa-i-jej-barbarzyncy/#comments</comments>
		<pubDate>Tue, 02 Mar 2010 22:23:31 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Administrator Strony</dc:creator>
				<category><![CDATA[Aktualności]]></category>
		<category><![CDATA[Gruzja]]></category>
		<category><![CDATA[Osica]]></category>
		<category><![CDATA[rewolucja]]></category>
		<category><![CDATA[UE]]></category>
		<category><![CDATA[Ukraina]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://nowaeuropa.org/?p=306</guid>
		<description><![CDATA[„Kolorowe rewolucje” w Gruzji i na Ukrainie nie spełniły wielu nadziei, ale uruchomiły procesy, które zmieniły oba państwa i społeczeństwa. Dlaczego zatem Unia Europejska nie spieszyła się i nadal nie spieszy z wciąganiem obu krajów w orbitę swych wpływów? &#8211; zastanawia się Olaf Osica w &#8220;Tygodniku Powszechnym&#8221;.

Podejrzanych jest wielu. Po pierwsze, są to elity polityczne. [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>„Kolorowe rewolucje” w Gruzji i na Ukrainie nie spełniły wielu nadziei, ale uruchomiły procesy, które zmieniły oba państwa i społeczeństwa. Dlaczego zatem Unia Europejska nie spieszyła się i nadal nie spieszy z wciąganiem obu krajów w orbitę swych wpływów? &#8211; zastanawia się Olaf Osica w &#8220;Tygodniku Powszechnym&#8221;.<br />
<span id="more-306"></span></p>
<p>Podejrzanych jest wielu. Po pierwsze, są to elity polityczne. Na Ukrainie zabrakło determinacji, aby zwycięstwo na Majdanie przełożyć na program reform. Z kolei w Gruzji sukces reform wewnętrznych wytworzył zbyt dużą – i jak się okazało, zgubną – pewność siebie i dał początek nie tylko fatalnej decyzji o wejściu w wojnę przeciw Rosji, ale i aksamitnej wersji rządów autorytarnych.</p>
<p>Obie postawy dają wyborne alibi elitom zachodnioeuropejskim, które – wbrew deklaracjom – postrzegają Gruzję i Ukrainę nie przez pryzmat ich wewnętrznych przemian, lecz ich położenia geograficznego.</p>
<p>Drugim podejrzanym musi być zatem geopolityka. Sąsiedztwo Rosji i jej polityka traktowania obszaru byłego ZSRR jak swojej strefy wpływów skutecznie odstrasza Europę, by zaangażować się w sprawy regionu. „Zimna wojna” – jako stan umysłów – jest bowiem nadal czynnikiem współkształtującym politykę robioną w Europie i dla Europy.</p>
<p>Trzecim podejrzanym jest Projekt, czyli Europa zmierzająca w stronę coraz ściślejszej unii gospodarczej i politycznej. Przyjmowanie kolejnych członków musi zatem uwzględniać ich zdolność i gotowość do partycypacji w tak rozumianej Europie, a zatem do podporządkowania się regułom, które zostały zaprojektowane i stopniowo rozwijane przez kilkadziesiąt lat dla Francji, Niemiec, Włoch i państw Beneluksu. W przeciwnym razie unijni maruderzy zasilą obóz „wschodnich peryferii”, który ze względu na udział we wspólnych instytucjach może przecież nadal powstrzymywać i opóźniać projekty rozwijane przez i dla centrum. Tymczasem zarówno Gruzja, jak i Ukraina jawią się jako potencjalni zakłócacze porządku.</p>
<p>Powyższe powody wydają się doskonale tłumaczyć wrażenie, że miniony czas można było lepiej wykorzystać. Przekonanie to nie bierze jednak pod uwagę tego, iż opisane tu problemy istniały także 20 lat temu, gdy Europa Środkowowschodnia wychodziła – dosłownie i w przenośni – ze struktur wojskowych Układu Warszawskiego i ekonomicznych Rady Wzajemnej Pomocy Gospodarczej. Elity postkomunistyczne nie były wprawdzie tak zsowietyzowane jak w przypadku Ukrainy, mieliśmy też silną elitę solidarnościową. Także historia była zdecydowanie po naszej stronie. To dawało nam, Czechom i Węgrom większy posłuch i zarazem było źródłem większej determinacji w dobijaniu się do drzwi Zachodu. Ale mimo to druga strona patrzyła na nas mniej więcej tak, jak dziś patrzy(my) na Wschód: jak na mało cywilizowany tłum biedaków i kombinatorów, którzy chcieliby pozbawić Zachód budowanego przez dekady bezpieczeństwa i dobrobytu. Jak na barbarzyńców, niezdolnych do pojmowania wyższych racji. A już na pewno pozbawionych zrozumienia dla fenomenu integracji europejskiej i chęci wtopienia się w jej proces.</p>
<p>Bez porównania gorszą mieliśmy natomiast sytuację geopolityczną. Rosja była w tamtym czasie państwem bardziej nieprzewidywalnym i nieznanym. Była upadającym mocarstwem, zdolnym do zadania sobie i nam wielu nowych krzywd. Nowe rosyjskie elity władzy nie były na tyle okrzepłe, aby można było budować z nimi trwałą współpracę. Mimo tych wszystkich przeciwności, nam udało się odnieść sukces. Dlaczego ma się nie udać Gruzji czy Ukrainie?</p>
<p>Odpowiedzi należy szukać w upływie czasu.</p>
<p>„Kolorowe rewolucje” nie są przedłużeniem Jesieni Ludów 1989 r., choć ich wizualna i retoryczna część przypomina nasze doświadczenia. Zrodziły się w innych okolicznościach wewnętrznych i zewnętrznych. Przede wszystkim nie przyniosły zmiany geopolitycznej w skali świata, lecz jedynie w wymiarze subregionalnym. Nie zmieniły zatem kontekstu polityki w Europie, lecz go jedynie dostosowały do nowych okoliczności. Rozszerzenie Unii, o którym Jan Zielonka pisał kilka lat temu jako o projekcie neoimperialnym, dla którego kluczowe były kwestia władzy i dostępu do nowych państw, nie ma zatem racji bytu. Inaczej niż w latach 90., dziś Europa pomału rozstaje się z wizją swej mocarstwowości. Trudno zatem oczekiwać, aby kontynuowała proces, który mocarstwowość tę może wzmacniać.</p>
<p>Taka postawa przekłada się na myślenie drugiej strony, dla której istnieje przecież życie bez Unii czy NATO. Zasadnicze kierunki polityki ukraińskiej ukształtowały się bowiem bez oddziaływania czynnika europejskiego. Jako państwo Ukraina okrzepła w oderwaniu od wyzwania integracji europejskiej czy wchodzenia do NATO.</p>
<p>Przykład Gruzji jest nieco inny, ale przegrana wojna z Rosją – przy bezradnej postawie Europy i USA – może wywrzeć większy wpływ na współczesną tożsamość polityczną Gruzji niż forsowany przed sierpniem 2008 r. postulat jej pełnej integracji z Zachodem.</p>
<p><a href="http://tygodnik.onet.pl/31,0,41523,1,artykul.html">Tekst ukazał się w &#8220;Tygodniku Powszechnym&#8221;</a></p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://nowaeuropa.org/aktualnosci/2010/03/osica-europa-i-jej-barbarzyncy/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Żurawski vel Grajewski: Haiti to test dla zdolności operacyjnych UE</title>
		<link>http://nowaeuropa.org/aktualnosci/2010/01/zurawski-vel-grajewski-haiti-to-test-dla-ue/</link>
		<comments>http://nowaeuropa.org/aktualnosci/2010/01/zurawski-vel-grajewski-haiti-to-test-dla-ue/#comments</comments>
		<pubDate>Tue, 26 Jan 2010 18:58:49 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Administrator Strony</dc:creator>
				<category><![CDATA[Aktualności]]></category>
		<category><![CDATA[Haiti]]></category>
		<category><![CDATA[test]]></category>
		<category><![CDATA[UE]]></category>
		<category><![CDATA[Żurawski vel Grajewski]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://nowaeuropa.org/?p=301</guid>
		<description><![CDATA[Klęska naturalna jaka dotknęła Haiti, należąca do największych katastrof tego typu ostatnich lat i porównywalna tylko z tsunami na Oceanie Indyjskim z 2004 r., stała się jednocześnie testem dla sprawności operacyjnej „globalnego aktora”, jakim chce być Unia Europejska &#8211; pisze Przemysław Żurawski vel Grajewski.

      12 stycznia 2010 r. na Haiti [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Klęska naturalna jaka dotknęła Haiti, należąca do największych katastrof tego typu ostatnich lat i porównywalna tylko z tsunami na Oceanie Indyjskim z 2004 r., stała się jednocześnie testem dla sprawności operacyjnej „globalnego aktora”, jakim chce być Unia Europejska &#8211; pisze Przemysław Żurawski vel Grajewski.<br />
<span id="more-301"></span></p>
<p>      12 stycznia 2010 r. na Haiti miało miejsce tragiczne trzęsienie ziemi o sile 7 stopni w skali Richtera. Jego ofiarą padło ok. 200 tys. ludzi, dalsze 250 tys. zostało rannych, a drugie tyle bez dachu nad głową. W sumie tragedia dotknęła w ten, czy inny sposób ok. 3 mln ludzi. Ta dawna kolonia francuska, słynna także w historii Polski jako miejsce zagłady jednej z półbrygad Legionów Dąbrowskiego już przed kataklizmem była jednym z najbiedniejszych krajów świata, gdzie od 2004 r. porządek utrzymywały siły międzynarodowe ONZ. Klęska naturalna jaka ją dotknęła, należąca do największych katastrof tego typu ostatnich lat i porównywalna tylko z tsunami na Oceanie Indyjskim z 2004 r., stała się jednocześnie testem dla sprawności operacyjnej „globalnego aktora”, jakim chce być Unia Europejska.</p>
<p>	Przyjrzyjmy się zatem jak wypadł ten test, szczególnie na tle głównego punktu odniesienia ambicji unijnych, czyli w porównaniu do zdolności wykazanych przez Stany Zjednoczone.</p>
<p>	W ciągu kilku godzin po trzęsieniu ziemi na Haiti USA wysłały tam (nie licząc okrętów ochrony wybrzeża, co można by tłumaczyć bliskością geograficzną i nie zaliczać tym samym do zdolności operacyjnych) lotniskowiec USS Carl Vinson z 600 tys. racji żywnościowych, 100 tys. dziesięciolitrowych pojemników z wodą i 19 śmigłowcami oraz dodatkowy lotniskowiec dla śmigłowców USS Bataan ze szpitalem i okrętami desantowymi. Na Haiti lądowało też 3,5 tys. żołnierzy z 82 Dywizji Spadochronowej i kilkaset osób personelu medycznego, o czym natychmiast powiadomił świat gen. Douglas Fraser &#8211; szef Dowództwa Południowego NATO (SOUTHCOM). Żołnierze US Army w ciągu kilku godzin przywrócili lotnisko w Port-au-Prince do stanu używalności i dostarczyli na wybrzeże 130 tys. litrów pitnej wody. 16 stycznia do Haiti wyruszył amerykański okręt szpital &#8211; USNS Comfort, a śmigłowce amerykańskie rozpoczęły dostarczanie pomocy do niedostępnych po trzęsieniu ziemi regionów wyspy. Prezydent Barack Obama obiecał wstępną pomoc wysokości 100 mln USD. Do 18 stycznia na Haiti znalazło się 10 tys. żołnierzy amerykańskich i tym samym ich liczba przewyższyła stacjonowane tam od 2004 r. siły stabilizacyjne ONZ (ok. 7 tys. żołnierzy 2 tys. policjantów).</p>
<p><strong>Reakcja UE</strong></p>
<p>	W tym samym czasie UE zwołała konferencję prasową, na której wystąpiła baronessa Catherine Ashton &#8211; wiceprzewodnicząca Komisji Europejskiej i świeżo mianowana Wysoka Przedstawicielka UE ds. Wspólnej Polityki Zagranicznej i Bezpieczeństwa i oświadczyła, że przekazała kondolencje na ręce Sekretarza Generalnego ONZ Ban-Ki-Moona oraz obiecała €3 mln pomocy. Rzecznik prasowy Komisji dodał natomiast, że niektóre państwa członkowskie wyślą własne ekipy ratownicze, namioty i urządzenia do uzdatniania wody. Oficjalny reprezentant UE, jak oświadczono, ma też pojechać do Dominikany, by stamtąd na kilka godzin odwiedzić Haiti i po zorientowaniu się w sytuacji na miejscu, złożyć raport. Ostatecznie tydzień później unijny komisarz ds. rozwoju i pomocy humanitarnej Karel de Gucht rzeczywiście udał się na wyspę i odbył szereg spotkań z władzami ONZ i Haiti.</p>
<p>	Były to wszystko jednak działania raczej medialne, niż rzeczywiste. Po kilku dniach krytyki UE w końcu przyznała dodatkowe €27 mln na pomoc i €100 mln na odbudowę, przy czym połowa tej kwoty to nowe fundusze, a połowa to środki przekierowane z budżetu dotychczasowej pomocy dla Haiti. Na długoterminowe działanie przeznaczonych zostanie też z budżetu UE €200 mln. Ostatecznie decyzje co do skali unijnej pomocy byli jednak władni podjąć dopiero ministrowie rozwoju Unii, którzy spotkali się jako Rada UE 18 stycznia (sześć dni po tragedii!) i wyasygnowali na rzecz Haiti w sumie €420 mln, w tym €229 mln na natychmiastowa pomoc humanitarną oraz „okazali «pozytywny» stosunek do pomysłu wysłania na wyspę żandarmerii i policji”. Kolejne debaty wewnątrzunijne na ten temat zaplanowano na 25 stycznia i 11 lutego. Istotnie po pierwszym z tych spotkań 27 państw UE zdecydowało o wysłaniu na Haiti 300 policjantów.</p>
<p><strong>Wnioski</strong></p>
<p>	Początkowa reakcja Unii Europejskiej przypominała żywo sytuację z 2004 r., kiedy to tragiczne tsunami na Oceanie Indyjskim pochłonęło 300 tys. ofiar. Wówczas, podobnie jak dziś, Amerykanie w  ciągu kilku godzin utworzyli koalicję na rzecz pomocy ofiarom katastrofy, złożoną z USA, Australii, Indii i Japonii i wysłali na miejsce dwie grupy bojowe z ekwipunkiem na 20 okrętach z dwoma lotniskowcami i 90 śmigłowcami. Bush przeznaczył na doraźną pomoc 35 mln USD, a potem zwiększył tę kwotę do 350 mln USD. UE ofiarowała wówczas  €3 mln, zaproponowała zwołanie do Dżakarty w ciągu dwóch tygodni konferencji donatorów dla przedyskutowania co można zrobić w tej sytuacji i wezwała do trzyminutowej chwili ciszy dla uczczenia pamięci ofiar katastrofy. Co jak zauważyła złośliwie prasa brytyjska było czasem trzy razy dłuższym niż zwyczajowo stosowany dla uczczenia ofiar obu wojen światowych.</p>
<p>	Wejście w życie Traktatu lizbońskiego miało poprawić skuteczność europejskiej polityki zagranicznej w tym i reakcji kryzysowej. Tymczasem jej formalna kierowniczka okazała daleko posuniętą niemoc reprezentowanej przez siebie struktury. Trudno dostrzec istotną różnicę w sposobie reakcji UE obecnie i tym sprzed sześciu lat. Podstawowym podmiotem działania w razie tego typu kryzysu pozostają państwa członkowskie Unii. W tej konkretnej sytuacji liderem wśród nich jest oczywiście Francja, tak z uwagi na swój potencjał operacyjny (wydolność logistyczną swej armii), jak i ze względu na związki historyczno- kulturowe z Haiti. Nie ma to jednak nic wspólnego z takim czy innym kształtem struktur unijnych. Nie użyto żadnej z europejskich grup bojowych. Nie aktywowano też żadnej ze struktur reakcji operacyjnej na kryzysy, będącej w potencjalnej dyspozycji UE. Operacyjnie reagowały państwa, nie Unia.</p>
<p>	Nie widać też istotnej różnicy w procesie podejmowania decyzji. Wejście w życie Traktatu lizbońskiego (do treści którego tak często w oficjalnej części swego spotkania na temat Haiti z amerykańską Sekretarz Stanu &#8211; Hillary Clinoton, odwoływała się 21 stycznia baronessa Ashton) nie ma dostrzegalnego wpływu na sposób reakcji UE. Jej ośrodkiem decyzyjnym, nawet w tak niekontrowersyjnej sprawie jak reakcja na trzęsienie ziemi, pozostaje międzyrządowa Rada UE, czyli zgromadzenie ministrów jej państw członkowskich. </p>
<p>W gestii „minister spraw zagranicznych” Unii i wiceprzewodniczącej Komisji Europejskiej pozostają zaś środki (3 mln euro), mogące jedynie prowokować ironiczne komentarze, co do zdolności reakcji kryzysowych w wymiarze finansowym ze strony „światowego giganta ekonomicznego”. Wysoka Przedstawicielka UE ds. WPZiB, będąca jednocześnie komisarz ds. stosunków zewnętrznych i polityki sąsiedztwa, jest w praktyce rzeczniczką prasową Rady i Komisji. Jak należało się spodziewać nie podejmuje decyzji, lecz je ogłasza. Trudno oczekiwać, by pełnienie tych funkcji przez jedną, a nie jak dotąd przez dwie osoby, podniosło sprężystość i tempo reakcji UE i zwiększyło jej fizyczną wydolność operacyjną.</p>
<p>	Porównanie z USA wypada blado, by nie rzec kompromitująco, wprawdzie nie co do przeznaczanych sum, ale co do czasu reakcji (który w takich wypadkach ma znaczenie rozstrzygające dla ocalenia życia ludzkiego) i zdolności logistyczno-operacyjnych do wysłania ludzi i sprzętu na miejsce katastrofy.</p>
<p>	Pikanterii całej sprawie dodaje fakt, iż francuski minister ds. pomocy humanitarnej Alain Joyandet wezwał ONZ do „wyjaśnienia” roli oddziałów USA na Haiti, oskarżając Amerykanów o blokowanie lądowania samolotów z pomocą humanitarną na rzecz lądowania amerykańskich samolotów wojskowych. (Dzień 18 I był głównym dniem lądowania wojsk amerykańskich na Haiti, gdzie przybyły z pomocą humanitarną. Operacja ta wywołała tłok na jedynym przywróconym do używalności przez żołnierzy US Army lotnisku w kraju, gdzie zwykle lądowało kilkanaście samolotów dziennie, a obecnie liczba ta osiąga 70). Joyandet został poparty w swej opinii przez przedstawiciela organizacji Lekarzy bez Granic Benoita Leduc’a.</p>
<p>	Wojsko jest jednak na Haiti potrzebne nie tylko dla organizowania pomocy poszkodowanym, ale i dla utrzymania porządku wobec załamania się struktur państwa i zamieszek z udziałem gangów i zdesperowanych ludzi walczących ze sobą na ulicach o rozdzielane dobra, lub próbujących uciec ze zrujnowanej ojczyzny do USA. Na szczęście tym razem Francja nie twierdzi, że jest to stanowisko całej UE i że bycie prawdziwym Europejczykiem polega na przyłączeniu się do krytyki „militarystycznych” poczynań Waszyngtonu na dotkniętej nieszczęściem wyspie.</p>
<p><strong>dr Przemysław Żurawski vel Grajewski, analityk, adiunkt na Wydziale Studiów Międzynarodowych i Politologii Uniwersytetu Łódzkiego, absolwent Wydziału Filozoficzno-Historycznego UŁ. Profesor wizytujący Białoruskiego Europejskiego Uniwersytetu Humanistycznego w Wilnie. Zajmuje się wspólną polityką zagraniczną i bezpieczeństwa UE; autor książek i licznych artykułów z tej dziedziny.<br />
</strong></p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://nowaeuropa.org/aktualnosci/2010/01/zurawski-vel-grajewski-haiti-to-test-dla-ue/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Osica: Obama jest naszym dłużnikiem</title>
		<link>http://nowaeuropa.org/aktualnosci/2009/12/osica-obama-jest-naszym-dluznikiem/</link>
		<comments>http://nowaeuropa.org/aktualnosci/2009/12/osica-obama-jest-naszym-dluznikiem/#comments</comments>
		<pubDate>Wed, 16 Dec 2009 23:24:28 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Administrator Strony</dc:creator>
				<category><![CDATA[Aktualności]]></category>
		<category><![CDATA[Obama]]></category>
		<category><![CDATA[Osica]]></category>
		<category><![CDATA[USA]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://nowaeuropa.org/?p=294</guid>
		<description><![CDATA[Dzisiaj nie jestem w stanie bronić polskiego udziału w operacji afgańskiej ani zwiększenia naszego zaangażowania. Rozumiem jednak, dlaczego rząd i prezydent pośpieszyli się z decyzją: to jedyny realny i zarazem ostatni instrument polskiej polityki wobec USA &#8211; pisze Olaf Osica w &#8220;Tygodniku Powszechnym&#8221;.

&#8220;Tygodnik Powszechny&#8221; Nr 50 (3153), 13 grudnia 2009
Niespełna rok od momentu objęcia urzędu [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Dzisiaj nie jestem w stanie bronić polskiego udziału w operacji afgańskiej ani zwiększenia naszego zaangażowania. Rozumiem jednak, dlaczego rząd i prezydent pośpieszyli się z decyzją: to jedyny realny i zarazem ostatni instrument polskiej polityki wobec USA &#8211; pisze Olaf Osica w &#8220;Tygodniku Powszechnym&#8221;.<br />
<span id="more-294"></span></p>
<p>&#8220;Tygodnik Powszechny&#8221; Nr 50 (3153), 13 grudnia 2009</p>
<p>Niespełna rok od momentu objęcia urzędu prezydenta Barack Obama ujawnił nową strategię USA w Afganistanie. Zrobił to w swoim stylu: świetne przemówienie podczas wyreżyserowanej uroczystości na prestiżowej akademii wojskowej West Point przyciągnęło uwagę światowych mediów. Nas miało przekonać, że mamy do czynienia z nowym podejściem, które w ciągu 18 miesięcy przyniesie wymierne efekty. Po tym czasie wojska amerykańskie mają być stopniowo wycofywane. Istotą nowego planu jest zwiększenie zaangażowania militarnego o kolejne 30 tysięcy żołnierzy, skoncentrowanie się na budowie afgańskiej policji i sił zbrojnych oraz poprawa warunków życia ludności cywilnej.</p>
<p>Jak każdy plan, także i ten ma szanse na realizację. Dzisiaj jednak trudno w niego uwierzyć, a wiara i nadzieja coraz bardziej stają się jedynym źródłem optymizmu, które nam pozostało. Analizując racjonalnie sytuację, nie ma bowiem powodów, dla których akurat tym razem rozwój wypadków w Afganistanie miałby potoczyć się po naszej myśli. Działania, które zapowiedział Barack Obama, nie są przecież tak nowe, jak może się to nam wydawać.</p>
<p><strong>Błędy i zaniedbania</strong></p>
<p>Gdy w roku 2001 USA rozpoczęły interwencję w Afganistanie, jej efekt był piorunujący: całkowite zwycięstwo militarne i sprawne, choć nie pozbawione problemów przejście do politycznej i gospodarczej fazy budowy struktur państwa. Przekonanie o całkowitym kontrolowaniu sytuacji zrodziło jednak błędy w strategii.</p>
<p>Największym było otwarcie frontu irackiego, który nie tylko odciągnął część sił zbrojnych, ale przede wszystkim spowodował spadek zainteresowania Afganistanem. Gdy po kilku latach okazało się, że proces odbudowy ugrzązł w martwym punkcie, podjęto nowe inicjatywy. W ich efekcie Afganistan został „zalany pieniędzmi” i pomocą międzynarodową, która niczego nie rozwiązała, natomiast stworzyła słuszne podejrzenia, że wybrany w demokratycznych – jak na miejscowe standardy – wyborach rząd Hamida Karzaja jest skorumpowany. Fakt ten przyjęto z oburzeniem i pewnie na oburzeniu by się skończyło, gdyby nie konstatacja, że rząd afgański nie jest także w stanie efektywnie kontrolować terytorium, a afgańska policja i armia są niezdolne do pełnienia swych misji. Problemem był (i nadal jest) m.in. brak elementarnego wykształcenia wśród zdecydowanej większości rekrutów i brak jakichkolwiek tradycji państwowych. A bez obu tych czynników nie można w krótkim czasie zbudować jakichkolwiek zrębów instytucji państwa. Kłopoty USA w Iraku, który także wymykał się spod kontroli, prawdę tę obnażyły, ale zabrakło determinacji, aby z sytuacji tej wyciągnąć polityczne wnioski.</p>
<p>Dopiero uporanie się z Irakiem wydawało się tworzyć szansę na dokończenie wojny w Afganistanie. Wydawało się, ponieważ w miarę upływu czasu i postępów działań w Iraku, operacja afgańska napotykała na nowe przeszkody. Talibowie odbijali kolejne prowincje, sojusznicy USA stracili wiarę w sens wojny, a odbudowa Afganistanu nie mogła się posuwać dalej, ponieważ rząd centralny władał jedynie Kabulem. Także działania tzw. Prowincjonalnych Zespołów Odbudowy NATO były niewystarczające.</p>
<p><strong>Na progu wojny domowej</strong></p>
<p>Rok 2008 i początek obecnego przyniosły kolejne otwarcie. Przedstawiciele nowej amerykańskiej administracji zwrócili się do sojuszników o wysłanie kolejnych żołnierzy, a także zwiększenie obecności ekspertów cywilnych, bez których odbudowa Afganistanu i zdobycie „serc i umysłów” miejscowej ludności nie są możliwe. Przełomem było także uznanie, że problemu afgańskiego nie da się rozwiązać w separacji od wewnętrznej ewolucji Pakistanu, który zaczynał ulegać stopniowej „afganizacji”.</p>
<p>Ostatnim akordem, poprzedzającym ubiegłotygodniowe przemówienie Baracka Obamy, były wybory prezydenta Afganistanu. Zwycięstwo Hamida Karzaja stało się jednak możliwe dzięki pogwałceniu demokratycznych reguł gry.</p>
<p>Osiemnaście miesięcy, które Waszyngton daje sobie na ostateczne rozwiązanie afgańskiej zagadki, nie musi zatem przynieść i najpewniej nie przyniesie ani rzeczywistej zmiany sytuacji, ani wycofania się USA. Chodzi raczej o odzyskanie inicjatywy na miejscu. Sekretarz obrony Robert Gates podczas przesłuchania w Senacie przekonywał, że data ma zmobilizować władze afgańskie do poważnego zajęcia się budową policji i sił zbrojnych, a także odbudową kraju. Założenie to jest jednak ryzykowne, ponieważ prezydent Karzaj nie jest przywódcą afgańskiej wspólnoty politycznej. Nie tylko dlatego, że jej nie ma, ale przede wszystkim ponieważ uosabia myślenie o państwie jako „rodzinnym biznesie”.</p>
<p>Także powtórzenie manewru irackiego – czyli oparcie strategii wojskowej na kumulacji siły zbrojnej, a następnie zmasowanym użyciu jej przeciwko punktom oporu przeciwnika – nie musi przynieść podobnych wyników. Wojna w Iraku koncentrowała się wokół miast i skupisk ludzkich, a w Afganistanie ludność żyje w rozproszeniu.</p>
<p>Zmartwieniem jest także pogarszająca się sytuacja w Pakistanie. Poddany presji islamskich fundamentalistów od wewnątrz i naciskom amerykańskim od zewnątrz kraj znajduje się na skraju wojny domowej.<br />
<strong><br />
Wchodzimy do tej samej rzeki</strong></p>
<p>Plan Baracka Obamy spotkał się z pozytywnym przyjęciem Rady Północnoatlantyckiej NATO. Jednak według wstępnych szacunków, odpowiedzią 29 członków sojuszu na wysłanie przez USA 30 tysięcy żołnierzy jest zadeklarowanie dodatkowych 5 tysięcy. Wśród wysyłających nie znalazły się ani Francja, ani Niemcy, które na decyzję dały sobie czas do konferencji w sprawie Afganistanu (odbędzie się 28 stycznia w Londynie.) Należy jednak do nich Polska, która posiada szósty co do wielkości kontyngent spośród europejskich członków sojuszu (1910 żołnierzy według źródeł ISAF), a ósmy w ogóle. Teraz mamy wysłać dodatkowych 600 żołnierzy.</p>
<p>Trzy lata temu wziąłem udział w debacie, której patronował „Tygodnik Powszechny”, poświęconej wojnie w Afganistanie. Razem z ówczesnym ministrem obrony Radosławem Sikorskim broniłem decyzji o zaangażowaniu Polski w operację NATO ISAF i wysłaniu dodatkowych kilkuset żołnierzy. Z perspektywy czasu uważam, że decyzja ta nie przyniosła realnych korzyści. Sytuacja w Afganistanie nie uległa wyraźnej poprawie, a Polska nadal jest daleka od realizacji swych postulatów wobec USA i NATO, związanych z naszymi interesami bezpieczeństwa. Koncepcja „wzajemnych przysług” okazała się fiaskiem.</p>
<p>Dzisiaj nie jestem w stanie bronić polskiego udziału w ISAF ani tym bardziej zwiększenia naszego zaangażowania, używając argumentów w rodzaju „interesu narodowego” czy też „przyszłości NATO”. Rozumiem jednak, dlaczego rząd i prezydent pośpieszyli się z decyzją: jest to jedyny realny i zarazem ostatni instrument polityki Polski wobec USA. Instrument, którego wartość w perspektywie kilku lat nie tylko zniknie, ale którą dzisiaj sami obniżamy, używając go zbyt pochopnie i nie patrząc na szerszy kontekst problemu. Postawa naszych sojuszników – atlantyckiej Francji i ponownie atlantyckich Niemiec – sugeruje bowiem, że elity obu tych państw nie wiążą przyszłości NATO z wynikiem kampanii afgańskiej.</p>
<p>I mają rację. Bez względu na ostateczny wynik wojny, dla obecnego pokolenia zachodnich polityków Afganistan pozostanie synonimem klęski i źródłem traumy, która na lata przesądzi o pasywnej postawie Zachodu wobec globalnych wyzwań bezpieczeństwa. Tymczasem Polska po raz kolejny wchodzi do tej samej rzeki w nadziei, że „tym razem” USA znajdą się pod tak silnym wrażeniem naszej solidarności, że zrewidują swą politykę wobec naszego regionu. Jest to nierealne. A usilne przekonywanie się, że jest inaczej, tego faktu nie zmieni.</p>
<p>***</p>
<p>Jedyne, co dzisiaj skłania mnie do poparcia polskiego zaangażowania w Afganistanie, to wzgląd na ludzi, którym mieliśmy przynieść wolność i stabilizację, a faktycznie przedłużyliśmy cierpienia. 600 dodatkowych żołnierzy stanu tego oczywiście nie zmieni. Raczej wzmocni bezpieczeństwo naszej misji (co nie jest przecież bez znaczenia). Misji, która za osiemnaście miesięcy musi się zakończyć. W tej kwestii to Barack Obama jest naszym dłużnikiem. Nie bójmy się zatem trzymać go za słowo.</p>
<p><a href="http://tygodnik.onet.pl/30,0,37733,obama_jest_naszym_dluznikiem,artykul.html">Tekst ukazał się w &#8220;Tygodniku Powszechnym&#8221;</a></p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://nowaeuropa.org/aktualnosci/2009/12/osica-obama-jest-naszym-dluznikiem/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Nowa książka Andrzeja Wierzbickiego</title>
		<link>http://nowaeuropa.org/aktualnosci/2009/12/nowa-ksiazka-andrzeja-wierzbickiego/</link>
		<comments>http://nowaeuropa.org/aktualnosci/2009/12/nowa-ksiazka-andrzeja-wierzbickiego/#comments</comments>
		<pubDate>Mon, 14 Dec 2009 23:09:21 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Administrator Strony</dc:creator>
				<category><![CDATA[Aktualności]]></category>
		<category><![CDATA[Andrzej Wierzbicki]]></category>
		<category><![CDATA[Europa]]></category>
		<category><![CDATA[książka]]></category>
		<category><![CDATA[myśl polityczna]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://nowaeuropa.org/?p=291</guid>
		<description><![CDATA[Książka Europa w polskiej myśli politycznej i historycznej XIX i XX wieku &#8211; Andrzeja Wierzbickiego, ukazała się nakładem wydawnictwa Trio i Centrum Europejskiego Natolin. Zobacz spis treści i przeczytaj pierwszy rozdział.

Europa – kręgi odniesień
W procesach kształtowania się i samoidentyfikacji różnego rodzaju grup społecznych w świadomości ich członków występują dwojakiego rodzaju układy odniesień. Pierwsze z nich [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Książka <em>Europa w polskiej myśli politycznej i historycznej XIX i XX wieku</em> &#8211; Andrzeja Wierzbickiego, ukazała się nakładem wydawnictwa Trio i Centrum Europejskiego Natolin. Zobacz spis treści i przeczytaj pierwszy rozdział.<br />
<span id="more-291"></span></p>
<p>Europa – kręgi odniesień</p>
<p>W procesach kształtowania się i samoidentyfikacji różnego rodzaju grup społecznych w świadomości ich członków występują dwojakiego rodzaju układy odniesień. Pierwsze z nich to układy, z którymi grupa się utożsamia. Ich wyznacznikami mogą być związki rodzinne, wspólnota języka, obyczaju, religii, losów historycznych, organizacji politycznych, takich jak państwo itp. Natomiast drugi rodzaj odniesień to układy, z którymi członkowie określonej grupy nie chcą czy też nie potrafią się identyfikować. Inny język, inny obyczaj, inne wierzenia, inne pochodzenie etniczne to elementy, które najczęściej współtworzą klasyczne przeciwstawienia „my i oni”, „swoi i obcy”.</p>
<p><a href="http://nowaeuropa.org/wp-content/uploads/2009/12/wierzbicki-rozdzial-I.pdf">I Rozdział</a></p>
<p><a href="http://nowaeuropa.org/wp-content/uploads/2009/12/wierzbicki-spis-rzeczy.pdf">Spis treści</a></p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://nowaeuropa.org/aktualnosci/2009/12/nowa-ksiazka-andrzeja-wierzbickiego/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
	</channel>
</rss>
